Jeden gorszy od drugiego, a trzeci i czwarty nie lepsze. Cztery argumenty na rzecz państwowego szkolnictwa

W poprzednich wpisach wskazałem ekonomiczne mechanizmy odpowiedzialne za katastrofalnie niską jakość państwowego szkolnictwa, jak również powody, dla których państwowe szkolnictwo – mimo swej całkowitej nieefektywności – nadal istnieje. Teraz przeanalizować chciałbym argumenty, które wysuwa się w obronie państwowego szkolnictwa.

  1. Gdyby nie istniało państwowe szkolnictwo, wiele dzieci pozbawionych zostałoby edukacji, ich rodzicie nie mieliby bowiem środków, by ją sfinansować na wolnym rynku.

Argument ten wskazuje, po pierwsze, że każde dziecko ma prawo do edukacji, po drugie, że prawo to może być egzekwowane tylko i wyłącznie, gdy edukacja ma charakter państwowy. Zauważmy jednak, że nawet jeśli zgodzimy się na zasadę mówiącą o prawie każdego dziecka do edukacji, nie sposób wysnuć z niej w żaden sposób wniosku, że szkolnictwo powinno być państwowe. Jest faktem, że w ładzie całkowicie wolnorynkowym część osób mogłoby nie posiadać zasobów wystarczających, by opłacić edukację ich dzieci, trudno jednak zrozumieć, dlaczego miałby być to argument na rzecz nacjonalizacji szkolnictwa. Załóżmy, że zgadzamy się, co do tego, że edukacja jest prawem każdego dziecka i że w ładzie wolnorynkowym dobrowolnym instytucjom charytatywnym nie udałoby się pomóc wszystkim potrzebującym dzieciom – istniałaby tym samym jakiś procent dzieci pozbawionych szans na edukację i moralny nakaz udzielenia tym dzieciom pomocy. Jak należałoby ten problem rozwiązać? Oczywistym rozwiązaniem wydaje się sfinansowanie edukacji tych dzieci w prywatnych szkołach (np. za pomocą bonów edukacyjnych), nie zaś nacjonalizacja produkcji edukacji. Czy z faktu, że mały procent obywateli nie jest w stanie zapewnić sobie pożywienia lub ubrań, wysnuć powinniśmy wniosek, że produkcja żywności i ubrań powinna zostać przejęta przez państwo? Wydaje się to oczywistym absurdem, jednak takie absurdalne rozumowanie powtarzane jest wciąż na nowo jako uzasadnienie istnienia państwowego szkolnictwa (być może kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą, gdyż po jakimś czasie wszyscy tracą cierpliwość, by je prostować?). Zauważmy, że rozumowanie to doprowadzone do swych logicznych konsekwencji – gdzie indziej zaś powinniśmy je doprowadzić? – zmusiłoby nas do uznania, że jeśli jakaś mała część społeczeństwa nie jest w stanie zapewnić sobie podstawowych dóbr, konieczne jest wprowadzenie komunizmu. Rozdawanie bonów edukacyjnych, z pomocą których najubożsi rodzice mogliby zakupić wysokojakościowe, tanie i dopasowane do potrzeb ich dzieci produkty edukacyjne, byłoby o wiele bardziej sensownym rozwiązaniem problemu dzieci zagrożonych brakiem edukacji. Nie oznacza to, że libertarianie popierają istnienie takich bonów edukacyjnych, pokazuje jedynie, że jeden z najważniejszych argumentów na rzecz istnienia państwowego szkolnictwa jest nieprawomocny.

Libertarianie wierzą, że w ładzie wolnościowym problem osób nieposiadających środków na edukację dzieci nie byłby zbyt dotkliwy i społeczeństwo mogłoby poradzić sobie z nim samodzielnie, bez pomocy/przemocy państwa. Po pierwsze, wycofanie się państwa z kontroli nad gospodarką w połączeniu z radykalną redukcją (czy nawet likwidacją) podatków podniosłoby istotnie przeciętną zamożność jednostki, zmniejszając tym samym relatywne koszty edukacji. Po drugie, usługi edukacyjne produkowane przez konkurujące ze sobą na rynku (a więc zmuszone do ciągłego szukania oszczędności i innowacji) firmy byłyby znacząco tańsze niż w przypadku edukacji produkowanej przez niewydajne, marnotrawcze, zbiurokratyzowane państwo. Pozwala to liczyć, że przeważająca część społeczeństwa miałaby wystarczające zasoby, by sfinansować edukację swoich dzieci. Niewielka grupa osób, która nie byłaby w stanie zdobyć tych zasobów, mogłaby liczyć na pomoc prywatnych instytucji charytatywnych (także te instytucje, podlegając mechanizmom rynkowym, byłyby o wiele bardziej efektywne w niesieniu pomocy niż ich państwowe odpowiedniki).

  1. Prywatne szkolnictwo charakteryzowałoby się niższą jakością niż szkolnictwo państwowe.

Wobec analizy przedstawionej w poprzednim poście, argument ten traci jakikolwiek pozory wiarygodności. Trudno zrozumieć, dlaczego posiadająca monopolistyczną pozycję na rynku, całkowicie uniezależniona od opinii konsumentów na jej temat (niezależnie od tego, co myślisz o państwowej szkole, jesteś zmuszony do finansowania jej poprzez podatki) instytucja miałaby działać bardziej efektywnie niż sieć zmuszonych do konkurowania ze sobą, maksymalnie responsywnych (odejście kilku procent klientów może grozić bankructwem) i korzystających z rozproszonej (a więc niemożliwej do zebranie przez centralnego planera) wiedzy prywatnych podmiotów. Jest to szczególnie ironiczne wobec faktu, że jednym z najważniejszych zarzutów względem wolnego rynku jest zarzut wskazujący, iż na niektórych jego obszarach może pojawić się tendencja do monopolizacji. Czym innym jednakże jest państwowy system szkolnictwa, jeśli nie wymuszoną przemocą monopolizacją całej gałęzi rynku, gałęzi, której monopolizacja w żadnej mierze by nie groziła? (Swoją drogą, argumentowanie na rzecz konieczności istnienia państwa poprzez wskazywanie, że rynek może mieć tendencje do monopolizacji, wydaje się nielogiczne, w jaki bowiem sposób superpotężny – tysiąckrotnie silniejszy od największych firm działających na rynku – monopol państwowy miałby być rozwiązaniem problemu monopolizacji?) Zaiste, ekonomiczna krytyka państwowego szkolnictwa jest zadaniem zbyt łatwym, by podejmować je z wypiekami na twarzy, jakie towarzyszyć mogą prawdziwym wyzwaniom intelektualnym.

  1. Prywatyzacja szkolnictwa spowodowałaby radykalną pluralizację treści edukacyjnych, co doprowadziłoby do dezintegracji wspólnego kodu kulturowego, który jest fundamentem tożsamości społeczeństwa i komunikacji społecznej.

To, co rzuca się w oczy, gdy myślimy o tym argumencie, jest to, że jest on używany przez wyznawców różnych, często wzajemnie wykluczających się wartości. Zwolennicy różnych ideologii w odmienny sposób wyobrażają sobie, co miałoby być tym wspólnym kodem kulturowym, na którym zbudowana byłaby tożsamość społeczeństwa. Przykładowo, konserwatyści wskazują, że przepełniony winien być on odwołaniami do narodowej i religijnej tradycji, na której, rzekomo, od wieków wspiera się nasza tożsamość i której nie powinniśmy lekkomyślnie podważać. Progresywiści z kolei chcieliby, by ów kod odrywał nas od tych tradycji, by wychylony był w przyszłość, w stronę postępowych ideałów równości, emancypacji i tolerancji. Nawet ta pobieżna analiza wskazuje, że ów kod kulturowy, który stać ma się fundamentem komunikacji społecznej, nie jest ani uniwersalny, ani nawet wspólny, że ma on, w istocie, charakter stronniczego, ideologicznego, lokalnego projektu politycznego. Kod ten nie jest dany nam uprzednio, ale ma być dopiero wyprodukowany przez szkołę. Celem szkoły nie jest uczenie wartości, które są powszechnie uznawane za uniwersalne czy wspólne, ma ona być raczej narzędziem pozwalającym narzucić jednostkom partykularne wartości tak, by zaczęły one być uznawane za wspólne i uniwersalne. Celem szkoły (jak i innych metod kontroli dyskursu) jest więc wytworzenie złudzenia obiektywności pewnych subiektywnych – a więc politycznych – form życia czy myślenia tak, by nie były one podawane w wątpliwość (idealna intersubiektywność jest nieodróżnialna od obiektywności).

Jeśli zrozumiemy, że fundamentalnym zjawiskiem społecznym jest nie fakt istnienia jakiejś kulturowej wspólnoty, ale radykalne zróżnicowanie wynikające z faktu, że różne jednostki posiadają różne cele i mogą nadawać swojej egzystencji odmienny sens, idea wspólnego kodu kulturowego utraci powab i ukaże swe złowrogie oblicze. Jak się bowiem okazuje, ów wspólny kod nie jest czymś, co mamy w sobie i co szkoła pozwala nam odkryć, ale czymś, co ma być nam z zewnątrz narzucone, przemocą zainstalowane w umysłach uczących się dzieci. Wielość tradycji, z których moglibyśmy budować swoje tożsamości, zastąpić ma jedna obowiązująca tradycją. Przyszłość przestaje być otwartym morzem możliwości, przed którym stajemy, nie wiedząc, w którą stronę podążyć, a staje się odgrywaniem z góry ustalonego planu, określonej wizji postępu. Okazuje się więc, że argument mówiący, że tylko państwowa szkoła jest w stanie wytworzyć wspólny kod kulturowy, jest w prawdzie argumentem sensownym, ale argumentem przeciw jej istnieniu. Właśnie to, że państwowa szkoła jest narzędziem pozwalającym zastąpić oddolny, będący wyrazem naturalnego zróżnicowania jednostek, pluralizm ukartowaną jednomyślnością i fałszywą uniwersalnością, jest najważniejszym powodem, dla którego powinna zostać zlikwidowana.

Ktoś mógłby argumentować, że powinniśmy postrzegać ów wspólny kod kulturowy o wiele wężej, jako zestaw pewnych koniecznych umiejętności (jak czytanie, pisanie i liczenie) czy fundamentalnych wartości (metawartości?), co do których wagi nie ma w naszej kulturze sporu (nie zabijaj, nie kradnij itd.). Wydaje się jednak oczywiste, że zarówno te umiejętności, jak i te wartości, w sposób samorzutny stałyby się jądrem praktycznie wszystkich przedsięwzięć edukacyjnych, które pojawiałyby się na wolnym, spluralizowanym rynku edukacji. Trudno wyobrazić sobie, że rodzice w naszym kręgu kulturowym posyłaliby dzieci do szkół, w których nie uczono by czytania czy pisania lub nie podkreślano wagi wartości takich jak prawdomówność czy umiejętność cywilizowanego rozstrzygania sporów.

  1. Gdyby nie istniało państwowe szkolnictwo, część rodziców nie umiałaby rozpoznać wagi, jaką edukacja ma dla rozwoju dzieci, i nie posyłałaby ich do szkoły. Dlatego konieczne jest zmuszanie rodziców – w formie tzw. obowiązku szkolnego – do zapewnienia dzieciom odpowiedniej edukacji.

 Argument ten pojawia się w dwóch wersjach. Jedna z nich wskazuje, że część rodziców zapewniłaby swym dzieciom zbyt małą ilość edukacji, druga wskazuje, że część rodziców mogłaby w ogóle nie dbać o edukację dzieci. I znów, tak jak w przypadku punktu pierwszego, nie jest to prawomocny argument na rzecz istnienia państwowego szkolnictwa, a co najwyżej na rzecz konieczności egzekwowania na rodzicach obowiązku zapewnienia dzieciom edukacji. Można z łatwością wyobrazić sobie system, w którym edukacja jest całkowicie prywatna (i w którym konsumencie czerpią zyski związane z faktu produkcji jej w o wiele bardziej efektywnym systemie opartym na konkurencji) i, równocześnie, rodzice, którzy migają się od zapewniania dzieciom edukacji, są do tego przymuszani odpowiednim prawem (przykładowo, w dzisiejszym systemie rodzice mają obowiązek zapewnić dzieciom jedzenie, ale żywność produkowana jest przy prywatnych producentów). Innymi słowy, kwestia nacjonalizacji szkolnictwa i kwestia konieczności zapewnienia dzieciom edukacji są od siebie całkowicie niezależne.

Niemniej jednak libertarianie opowiadają się nie tylko za prywatyzacją szkolnictwa, ale także za likwidacją przymusu szkolnego. Nie istnieje żaden powód, dla którego jakaś arbitralnie określona grupa ludzi miałaby decydować, w jaki sposób edukowane i wychowywane są dzieci innych ludzi. Przymus szkolny jest jedną z najbardziej obrzydliwych regulacji współczesnego państwa. Pozbawiony wzniosłej retoryki, pod którą państwo zwykło ukrywać swe działania, jawi się jako współczesna wersją niewolnictwa. Prosta metoda, która pozwala uświadomić sobie zło związane z przymusem szkolnym, polega na wyobrażeniu sobie, co myślelibyśmy, gdyby przymus ten egzekwowany był nie przez otoczone nimbem świętości państwo, ale przez osoby prywatne (jest to uniwersalny mechanizm – jeśli chcesz ocenić, czy dane działanie państwa jest moralne, zastanów się, co byś o nim pomyślał, gdyby podjęła się go osoba prywatna. Przykładowo, gdy państwo zatrzymuje i karze kierowcę, który jedzie w mieście 200km/h, postępuje moralnie, gdyż byłoby moralnym, gdyby został on zatrzymany i ukarany przez zwykłe osoby. Jednak gdy państwo zabiera obywatelom pieniądze w formie podatków i wydaje je, po zabraniu części dla siebie, na utrzymanie teatru, postępuje niemoralnie, gdyż tak ocenilibyśmy to działanie, gdyby dopuściła się go zwykła osoba). Czy gdyby pewnego dnia do twego domu zapukali uzbrojeni mężczyźni i oznajmili, że twoje dziecko musi uczyć się w prowadzonej przez nich szkole, a jeśli odmówisz, zostanie ci ono odebrane i umieszczone w prowadzonym przez nich domu poprawczym, to uznałbyś takie działanie za moralne? Czy nie pomyślałbyś, że ci ludzie są zbrodniarzami, porywaczami czy, wreszcie, pedofilami? Obowiązek szkolny jest oczywistym pogwałceniem zasady nieagresji, co więcej pogwałceniem wyjątkowo haniebnym, dokonanym bowiem na bezbronnych dzieciach. W przekonaniu libertarian państwowe szkoły są więc więzieniami. Porównanie szkół do więzień nie jest jedynie figurą retoryczną, której celem jest zwiększenie perswazyjności libertariańskich argumentów, szkoła jest więzieniem w literalnym znaczeniu tego słowa, które oznacza wszak zamknięte miejsce, w którym dana osoba przetrzymywana jest bez własnej zgody i z użyciem przemocy.

W naszej kulturze (i w większości innych kultur na świecie) dzieci od zawsze wychowywane były przez rodziców. Powodem, dla którego rozwiązanie to wydaje się racjonalne, jest fakt, że rodzice są genetycznie (a co za tym idzie – emocjonalnie) związani ze swymi dziećmi, co sprawia, że wydają się najlepszymi dlań opiekunami. Może zdarzyć się (i często zdarza się), że rodzice nie będą wychowywali swego dziecka w najlepszy dla jego rozwoju sposób (a nawet, że będą ja wychowywali w sposób, który większość ludzi uzna za z jakichś względów niewłaściwy), niemniej jednak nie powinno być to powodem do podważania fundamentalnej zasady mówiącej, że to rodzice winni zajmować się wychowaniem dziecka. Odbieranie im tego prawa i przekazanie kontroli nad wychowaniem dzieci państwu, nawet jeśli wiązałoby się z polepszeniem sytuacji niewielkiej liczby dzieci, o które rodzice nie dbaliby w wystarczający sposób, wiązałoby się z radykalnym pogorszeniem sytuacji przeciętnego dziecka, o którego dobro rodzice – jako najbliższe mu emocjonalnie osoby, osoby powiązane z nimi genetycznie, znające jego potrzeby, upodobania i idiosynkrazje – zadbają w najlepszy sposób. „Ratowanie dzieci przed rodzicami” to jedna z największych zbrodni, jakich dopuszczają się współczesne państwa.

Jest prawdą, że w wolnym społeczeństwie, część rodziców mogłaby nie chcieć posyłać dzieci do szkół – mają oni jednak prawo zadecydować, co jest dobre dla ich dzieci, że szkoła nie jest dla nich najlepszym miejscem i że więcej nauczą się one np. w domu bądź pomagając w pracy w gospodarstwie lub w ich firmie. Dopóki rodzice nie inicjują wobec swojego dziecka przemocy, dopóty nikt nie ma prawa wtrącać się z użyciem przemocy, do tego, jak wychowują oni (i czego uczą) swoje dzieci. Wydaje się, że znamienita większość rodziców – z miłości, instynktu, rozsądku, przyzwoitości, uległości względem konwencji czy lęku przed wykluczeniem – rozpoznałaby wagę edukacji dla dzieci i posłała dzieci do szkoły (niekoniecznie jednak na dwanaście lat i z pewnością nie po to, by uczyły się rzeczy, których uczą się w szkole państwowej) lub uczyło je w domu. Dodajmy, że posyłanie dzieci do szkół jest w większości wypadków optymalne ze względów ekonomicznych. Ponieważ większość osób pracuje w ciągu dnia, posyłanie dzieci do szkoły wydaje się najsensowniejszym rozwiązanie. Jeśli jednak niektórzy z nich nie potrafiliby rozpoznać wagi edukacji dla rozwoju ich dzieci (lub nie mieliby pieniędzy, by opłacić edukację) – instytucje charytatywne mogłyby ich przekonać o konieczności edukowania dzieci i – jeśli to konieczne – opłacić tę edukację. Rodzice, którzy nie chcieliby posyłać dzieci do szkół, prawdopodobnie nie dbaliby o dzieci te wystarczająco, by chcieć je zatrzymać i mogłyby one być zaadoptowane przez bardziej troskliwych rodziców. Co do osób, które – np. ze względów religijnych – uznają, że dzieci nie powinny być edukowane lub powinny być edukowane na sposoby odbiegające od naszych standardów – nie pozostaje nic innego, jak uszanować wolę rodziców (o ile nie inicjują agresji wobec dzieci) i – co najwyżej – poczekać, aż dzieci będą na tyle dojrzałe, że będą mogły podjąć decyzję o odejściu od swoich rodziców.

Istnieją oczywiście sytuacje, w których interwencja osób trzecich w to, jak rodzice wychowują dziecko, wydaje się pożądana. W przekonaniu libertarian taka interwencja jest prawomocna, gdy rodzice inicjują (nie jednorazowo, ale w bardziej ciągły sposób) względem dziecka przemoc. Trzeba zauważyć, że za przemoc fizyczną względem dziecka (inaczej niż w przypadku dorosłych) może być uznane nie tylko np. bicie, ale także znęcanie się psychiczne czy zaniedbywanie rozwoju dziecka. Rodzice, którzy nie dbaliby o zapewnienie dziecku schronienia i wyżywienia, którzy nie uczyliby go podstawowych czynności życiowych, mogliby zostać oskarżeni o stosowanie przemocy względem tego dziecka. Właściwą metodą postępowania w takich wypadkach byłoby użycie przemocy (najpierw w formie groźby), by skłonić rodziców do właściwego zajmowania się dzieckiem. Jeśli nie przyniosłoby to spodziewanych rezultatów i jeśli wyczerpano by wszystkie możliwości zapewnienia dziecku właściwych warunków życia wewnątrz jego rodziny, zasadnym byłoby czasowe odebranie dziecka rodzicom. Z punktu widzenia libertariańskiej teorii moralnej można zapytać więc: czy nieposyłanie dziecka do szkoły wyczerpuje znamiona zaniedbywania rozwoju dziecka, a tym samym stanowi pretekst do interwencji osób trzecich? Odpowiedź wydaje się negatywna. Jeśli rodzice dbają o to, by dziecko rozwijało się, jeśli dostarczają mu pożywienia i schronienia, jeśli opiekują się nim emocjonalnie, jeśli uczą go podstawowych, koniecznych do życia czynności, osoby trzecie nie powinny stosować przemocy, by wpłynąć na sposób wychowania tego dziecka.

Argumenty 1 i 4 są nieprawomocne na poziomie logicznym. Z faktu, że niektórzy ludzie mogliby nie mieć pieniędzy na opłacenie prywatnej edukacji bądź mogliby nie chcieć posyłać dzieci do szkoły, nie wypływa w żaden sposób, że szkolnictwo powinno być państwowe.

Argument 2 jest całkowicie nieprzekonywający w świetle naszej wiedzy ekonomicznej. Próba dowodzenia, że produkowana przez monopolistyczny, niepodległy kontroli i sterowany centralnie aparat państwowy edukacja cechowałaby się wyższą jakością niż edukacja produkowana przez wiele konkurujących ze sobą, korzystających z rozproszonej wiedzy i responsywnych na potrzeby klienta podmiotów, jest z góry skazana na niepowodzenie.

Argument 3 wydaje się argumentem nie na rzecz utrzymania państwowego szkolnictwa, ale argumentem, który wzmacnia w istocie idee jego likwidacji. Fakt, iż państwowa szkoła (w odróżnieniu od szkół prywatnych) pozwala na homogenizowanie i formatowanie kultury, powinien budzić w nas najwyższy niepokój.

Państwowe szkolnictwo powinno zostać zlikwidowane. Czego należało dowieść.

I czego dowiedzenie niewiele, zapewne, zmieni, bo – jak mówił Nietzsche – „W co motłoch bez dowodów uwierzył, jakże byście to chcieli dowodami obalić?!”. A co ja, nie będąc elitarystą, wyraziłbym nieco inaczej: w co cechujący się racjonalną ignorancją i poddani państwowej indoktrynacji ludzie uwierzyli, jakże byście to chcieli dowodami obalić?! A jednak próbujemy.

11 Comments:

  1. Widzę pewne słabe strony:
    Na wsi istnieje naturalna skłonność korzystania z pomocy dzieci w wytwarzaniu dóbr. Klasyczne pasienie gęsi, czy później bydła. Rozrzedzenie zaludnienia, więc trudność znalezienia szkoły (odległości!) Najważniejszy jest zróżnicowany intelekt dzieci i ich możliwość przyswajania wiedzy, a także wyselekcjonowanie kierunków szkolenia tak, aby dziecko miało z niej maksimum korzyści (szkoły zawodowe – też te na ostatnim etapie). Rodzice nie zawsze potrafią należycie ocenić umiejętności dziecka i jego szanse rozwojowe. W gminach żydowskich istniała zasada, że dzieci wyróżniające się zdolnościami (a biedne), kształcono na koszt gminy.

    1. Pasienie gęsi to już chyba pieśń przeszłości. Swoją drogą nie wiem, czy jako dziecko nie wolałbym pasać gęsi niż siedzieć przez 6 godzin w szkolnej ławce.

      A mówiąc poważnie, to jest oczywiste, że rodzice będą podejmowali czasem błędne decyzje. Różnica polega na tym, że ich błędy dotyczyć będą tylko ich dzieci, nie będą zaś rozlewać się na cały system (lokalna społeczność czy instytucje charytatywne mogą próbować zminimalizować koszty tych błędów dla konkretnego dziecka). Odmiennie wygląda sytuacja w wypadku państwowego szkolnictwa – błędne założenia, na którym się ono wspiera, sprawiają, że cierpią wszyscy.

  2. „W przekonaniu libertarian taka interwencja jest prawomocna, gdy rodzice inicjują (nie jednorazowo, ale w bardziej ciągły sposób) względem dziecka przemoc.”

    Dlaczego w sposób ciągły? Nie pamiętam, żebym spotkał się z takim kryterium gdziekolwiek indziej w teorii libertariańskiej. Pachnie trochę ad hoc.

    1. Chodzi o to, że myśleć o odebranie rodzicom praw do opieki nad dzieckiem można by, gdyby przekroczona została jakaś granica inicjowania przemocy. W innym wypadku ktoś mógłby mówić, że wolno odebrać dziecko, gdy rodzice popełnili jeden błąd, jedno wykroczenie względem dziecka. Oczywiście nawet pojedyncze zinicjowanie przemocy jest czymś złym i może być piętnowane, ale by przemoc mogła się stać podstawą żądania odebrania praw rodzicom, musi mieć bardziej ciągły właśnie charakter.
      Wszystko to związane jest z faktem, że zakładamy, że bycie z rodzicami jest zasadniczo czymś dobrym, a bycie od nich oddzielonym – czymś złym. W tym kontekście często lepiej być ze swoimi nie najlepszymi rodzicami, niż w dobrych warunków, ale bez związanych z tobą biologicznie, emocjonalnie, psychologicznie rodziców.

  3. Przyczepię się do Twojego przykładu:

    „Przykładowo, gdy państwo zatrzymuje i karze kierowcę, który jedzie w mieście 200km/h, postępuje moralnie, gdyż byłoby moralnym, gdyby został on zatrzymany i ukarany przez zwykłe osoby. ”

    Co jest moralnego w zatrzymywaniu i karaniu osoby, która nie inicjuje wobec nikogo innego agresji, tylko po prostu poruszą się z wybraną przez siebie prędkością?

    Gdybyś podał przykład, gdzie zatrzymany zostaje kierowca, który dopuścił się wymuszenia pierwszeństwa (zmusza innych do hamowania, uników itp.), to ok, bo stwarza bezpośrednie zagrożenie i inicjuje agresję. Natomiast w przypadku jazdy, nieważne z jaką prędkością, możemy co najwyżej mówić o tworzeniu potencjalnego zagrożenia (jadąc z większą prędkością, możemy zwiększyć prawdopodobieństwo wypadku). Chyba nie muszę na tym portalu mówić, że karanie za to, że istnieje szansa, że możemy zrobić coś złego, raczej nie jest wolnościowe?

    Oczywiście na prywatnej drodze właściciel może ustanawiać dowolne ograniczenia prędkości i wtedy kierowcy zdecydują, czy wolą płacić za jazdę drogami z ograniczeniami czy bez, ale tutaj mówimy o drogach wybudowanych przez aparat państwowy za zagrabione pieniądze.

    1. Celowo podałem taki przykład, wiedząc, że ktoś może się przyczepić.
      Zacznę od analogii. Czy wolno strzelać do kogoś z rewolweru załadowanego jedną kulą? Czy osobę, która pociągnęła za spust, ale akurat nie trafiła na kulę, można ukarać? Czy wolno byłoby mi się bronić, gdyby ktoś do mnie celował z takiego rewolweru?
      Moim zdaniem odpowiedzi na te pytania są dość jasne.
      Czemu tego typu zachowanie wydaje się złe? Ponieważ dopuszczając się go, ryzykujemy zabicie drugiej osoby.
      Dokładnie taką sytuację mamy w wypadku kierowcy. Jadąc 200km/h w mieście, ryzykuje on, że zabije innych kierowców/pieszych. Te osoby mogą bronić się przed tym ryzykiem, wysyłając policjanta, który ukaże tę osobę.

      Oczywiście, pojawia się pytanie, jak duże musi być prawdopodobieństwo zrobienia komuś krzywdy, by można było mówić o agresji. Nie znam dokładnej odpowiedzi na to pytanie. Ale niedobrowolna rosyjska ruletka i jeżdżenie po mieście 200km/h w mojej ocenie ewidentnie są powyżej progu dozwolonego ryzyka.

      1. Twoje porównanie do strzelania z rewolweru raczej kiepsko pasuje do jazdy określoną prędkością, natomiast o wiele lepiej odzwierciedla wspomnianą przeze mnie sytuację z wymuszeniem na kimś pierwszeństwa.

        Kiedy strzelamy, nawet bardzo niecelnie, w czyimś kierunku, zmuszamy go do podjęcia działań ochronnych – szukania schronienia, uników, rzucenia się na ziemię itd. Podobnie, kiedy wymusimy na kimś pierwszeństwo –inny uczestnik ruchu również zostaje zmuszony do manewrów obronnych – gwałtownego hamowania, nagłej zmiany kierunku ruchu, cofnięcia się z powrotem na chodnik (w przypadku pieszych) itd.

        Nie dochodzi do tego natomiast w przypadku jazdy szybkiej, ale z poszanowaniem innych reguł ruchu, a wbrew pozorom taka jazda jest jak najbardziej możliwa.

        Druga kwestia – sam wspomniałeś o trudności (powiedziałbym wręcz, że niemożliwości) ustalenia granicy w ocenianiu prędkości jakiej niebezpiecznej. Pozwolę sobie to zagadnienie nieco rozwinąć. Kierowca, kiedy decyduje o prędkości, z którą będzie się poruszał, musi uwzględnić m.in. następujące czynniki: widoczność , przyczepność, ilość miejsca (gęstość ruchu), stan techniczny i możliwości swojego pojazdu, swoje umiejętności prowadzenia i bieżącą kondycję psychofizyczną, warunki atmosferyczne (podmuchy wiatru itp.), stan drogi i zachowanie innych uczestników ruchu.

        Wszystkie te czynniki są zmienne, ba mogą ulec znacznej zmianie nawet w upływie kilku sekund, i wszystkie je należy uwzględniać w trakcie jazdy. Na szerokiej drodze w centrum miasta, kiedy jest pusta w niedzielę o 8 rano, można bezpiecznie jechać i sporo powyżej 100 km/h, ale kiedy jedziemy tą samą drogą w godzinach szczytu, przez zaparkowane na chodnikach samochody nie widzimy idących pieszych, a jakiś dostawczak zaparkował sobie o metr od przejścia dla pieszych o ruchu niekierowanym lub, bezpieczna prędkość może odcinkowo spaść nawet do 30 km/h. Dodaj do tego oblodzenia – i mamy już granicę bezpieczeństwa w okolicach 10 km/h. 10-krotna różnica w prędkości zapewniającej nam panowanie nad pojazdem na tym samym odcinku!

        Biorąc to więc pod uwagę, czy jesteś w stanie mi podać jakiekolwiek rozwiązanie, które potrafi określić, nawet w bardzo przybliżony sposób, jaka prędkość jest bezpieczna dokładnie w danej minucie na dokładnie tym samym odcinku, po jakim jedzie dany kierowca, w danych warunkach pogodowych i widoczności, kiedy porusza się samochodem z drogą hamowania x, masą z i liczbą systemów bezpieczeństwa y, wyspawszy się zeszłej nocy wybitnie dobrze, ale po mocno podnoszącej ciśnienie kłótni z żoną, przy gęstości ruchu w?
        Słowem, czy masz lepszy i bardziej dokładny dostęp do tych informacji niż kierowca, o którym mówimy?

        1. Zgadzam się z zastrzeżeniami, które wysuwasz. Bardzo często to kierowca ma większą wiedzę o tym, co gwarantuje bezpieczeństwo, co zaś nie. Dlatego celowo podałem prędkość 200km/h w mieście, by uciąć spekulacje tego typu. Jeśli to Cię nie przekonuje, to prawdopodobnie zgodzisz się ze mną, że istnieje jakaś prędkość, którą uznałbyś za zbyt dużą, to znaczy byłaby to prędkość, w której kierowca nie mógłby zapewnić bezpieczeństwa innym kierowcom (np. jadą 1000km/h nie mógłby wyhamować i taranowałby osoby na drodze). W takiej sytuacji, jadąc z tą prędkością, kierowca narażałby innych na ryzyko dokładnie tak samo jak w przykładzie z rosyjską ruletką (zauważ, że ktoś mógłby się tak „bawić”, nie informując innych o tym, że to robi, np. stojąc za ich plecami).

          Moja teza jest prosta – zakazane powinno być nie tylko naruszanie praw innych, ale również intencjonalne działania, które cechuje duże prawdopodobieństwo, że takim naruszeniem się skończą. Nie wolno narażać innych osób na śmierć, utratę zdrowia czy własności.

          1. Szczerze mówiąc, to potrafię sobie jak najbardziej wyobrazić sytuację, kiedy jazda w obszarze zabudowanym z prędkością 200 km/h będzie jak najbardziej bezpieczna. Biorąc pod uwagę postęp technologiczny, za 20 czy 30 lat możliwe będzie jazda z prędkością nawet i 300 km/h w takich warunkach – kiedy technologia np. umożliwi skrócenie drogi hamowania do 50 metrów. To jest kolejny powód, dla których liczbowe ograniczenia prędkości uważam za bezsensowne. Obecnie samochody są coraz bezpieczniejsze, drogi hamowania coraz krótsze, a ograniczenia prędkości coraz większe.

            Zgodzę się jednak z Tobą, że istnieje prędkość, której nie można przekraczać. Tylko że nie jest to prędkość, którą da się określić liczbowo w jakimś zakazie lub ograniczeniu. Jest to prędkość zapewniająca panowanie nad pojazdem. Czyli jeśli na przykład jedziemy z tak dużą prędkością, że nie potrafimy wyhamować przed przeszkodą (a nawet wyjeżdżającym z polnej drogi traktorem), która znajduje się za zakrętem ograniczającym naszą widoczność, to znaczy że jedziemy zbyt szybko, bo nie dostosowaliśmy prędkości do warunków (w tym przypadku do ograniczonej widoczności). Tylko w takich przypadkach (w sytuacji, gdy przez obraną przez nas prędkość nie możemy zapanować nad pojazdem) mogę się zgodzić, że narażamy innych uczestników ruchu na duże ryzyko swoim zachowaniem i że powinniśmy zostać za takie zachowanie ukarani.

            W takim przypadku ryzyko już nie jest potencjalne, ale jak najbardziej realne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.