Dlaczego politycy są bogatsi od tych, których obrabowują, by pomagać biednym?

Redystrybucjonizm wskazuje, że państwo ma prawo odbierać pieniądze bogatym, by pomagać za ich pomocą biednym. Istnieje wiele odmian redystrybucjonizmu. Wyróżnić można np. silny (egalitarystyczny) redystrybucjonizm, który wskazuje, że redystrybucja powinna zmierzać do zrównania sytuacji materialnej różnych ludzi. Słaby redystrybucjonizm wskazuje, że zabierać pieniądze bogatym można tylko wtedy, gdy pomóc trzeba najbardziej potrzebującym. Pomiędzy tymi dwoma biegunami mieści się olbrzymia liczba różnych wizji tego, w jaki sposób polityka redystrybucyjna winna być zorganizowana.

Libertarianie sprzeciwiają się redystrybucjonizmowi zarówno na płaszczyźnie moralnej, jak i ekonomicznej (być może płaszczyzn tych nie należałoby rozdzielać). Po pierwsze, uważają oni, że państwo nie ma prawa obrabowywać jednostek z ich prawomocnie zdobytej własności, nawet jeśli część zrabowanych pieniędzy zostanie przekazana najbiedniejszym. Pomoc potrzebującym powinna być świadczona dobrowolnie. Po drugie, wskazują, że efektem wdrożenia polityk redystrybucyjnych jest zmniejszenie wydajności mechanizmu rynkowego, osłabienie ekonomicznych zachęt do pracy oraz wzmocnienie roli państwa w organizowaniu życia społecznego, czego długotrwałym efektem będzie pogorszenie sytuacji najbiedniejszych (redystrybucjonizm ma w ich przekonaniu nieodmiennie populistyczny charakter, służy jedynie uwodzeniu mas). W przekonaniu libertarian redystrybucjonizm jest nie tylko wątpliwy moralnie, ale także kontrskuteczny – nie przynosi on długotrwałego polepszenia sytuacji najuboższych. Libertarianie wierzą, że w ładzie wolnościowym osoby najbiedniejsze miałyby się lepiej niż w państwie redystrybucyjnym.

Nie chcę w tym momencie rozstrzygać, kto ma rację w sporze między redystrybucjonistami a libertarianami, a jedynie wskazać na interesujący problem moralny, który związany jest z nie tyle z samym redystrybucjonizmem, co z jego praktykowaniem. Rozumowanie redystrybucjonistów można przedstawić w następujący sposób:
(1) istnieją ludzie, którzy (z jakichś względów) mają dużo pieniędzy,
(2) istnieją ludzie, którzy (z jakichś względów) znajdują się w bardzo trudnej sytuacji materialnej,
(3) odbierając część pieniędzy bogatym i przekazując je najuboższym, radykalnie polepszymy sytuację tych ostatnich,
(4) ponieważ dokonując redystrybucji, przyniesiemy na świat wielkie dobro kosztem małego zła (bogaci stracą wprawdzie część swojej własności, ale straty, które odczują, będą niewspółmiernie małe do zysków, które odczują biedni), redystrybucja jest uzasadniona moralnie.

Weźmy w tym momencie to rozumowanie za dobrą monetę – załóżmy, że redystrybucja rzeczywiście pomaga i że zło związane z rabunkiem przeważone zostaje dobrem z dostarczonej pomocy. Zgódźmy się, że zabieranie bogatym i dawanie biednym jest moralnie uzasadnione. Czy jeśli tak jest, nie powinniśmy wprowadzić jednak dodatkowej zasady moralnej:

Jeżeli osoba dokonująca redystrybucji otrzymuje więcej pieniędzy niż najbiedniejsza osoba, której odbiera się pieniądze, możemy zakładać, że celem redystrybucji nie jest pomoc biednym, ale że jest ona przeprowadzana dla zysku redystrybutora.

Jak wskazałem, tym, co uzasadnia (w przekonaniu jej zwolenników) redystrybucję na płaszczyźnie moralnej, jest fakt, że osoby, którym zabiera się pieniądze (płatnicy), mają ich więcej niż ci, którym się daje. Dlatego też każda redystrybucja, w której zabiera się biednemu i obdarowuje się bogatego byłaby – wewnątrz tego uzasadnienia – całkowicie nieprawomocna, niemoralna. Ale przecież praktycznie wszyscy politycy, którzy dokonują redystrybucji, posiadają więcej niż większość osób, które poddawane są procesowi redystrybucji (jako płatnicy). Skoro celem redystrybucji jest pomaganie potrzebującym, czemu ci, którzy ją organizują, otrzymują więcej (często nieporównywalnie więcej) niż ci, którzy jej podlegają? Tak więc choć politycy głoszą, że moralnym uzasadnieniem redystrybucji jest fakt, że pomaga ona biednym kosztem bogatych, to w ich wypadku pomaga ona bogatym, kosztem biednych. Ci, którzy najsilniej głoszą moralną konieczność dzielenia się z potrzebującymi, sami nie tylko są zwolnieni z konieczności dzielenia się z nimi, ale dodatkowo obrabowują tych biednych, by samemu mieć więcej. Politycy organizujący redystrybucję, jeśli chcieliby pozostać w zgodzie z ideami, które rzekomo reprezentują, powinni więc bądź obniżyć swe pensje do poziomu zarobków najbiedniejszego płatnika podatków, bądź po prostu rozdawać nadwyżkę ubogim. Jeżeli tego nie robią, oznacza to, że ich celem wcale nie jest pomaganie najbiedniejszym.

Wszyscy doskonale wiemy, jaki argument padnie w tym momencie z ust zwolenników państwa. Gdyby politycy nie otrzymywali wysokich uposażeń, byliby podatni na korupcję. Ten argument wydaje się jednak dziwaczny. W istocie blisko mu do argumentu, który wskazywałby, że mamy obowiązek płacić złodziejom, gdyż jeśli nie będziemy tego robić, będą oni mieli zbyt dużą motywację, by kraść (jeśli nie będziesz się wyrywać, to nie będzie bolało). Teoria państwowego redystrybucjonizmu mówi, że państwo musi zmuszać nas do pomagania biednym, gdyż wobec jego braku pomoc ta byłaby niewystarczająca. Jeśli to jednak cechujący się „lewicową wrażliwością” politycy są tymi, którzy zmuszać mają niewrażliwe masy do niesienia pomocy (przymykam w tym momencie oko na naiwność takiego obrazu rzeczywistości), to czemu ci wrażliwi politycy muszą sami siebie dodatkowo się wynagradzać, by uwolnić się od pokus, które niesie władza? Robiąc tak, byliby niczym kapłan, który uczęszcza do domu uciech, by rozładować napięcie seksualne, które utrudnia mu efektywne głoszenie zalet czystości.

Nie chciałbym być źle zrozumiany. Nie twierdzę, że gdyby politycy składali śluby ubóstwa i czystości, dokonywana ich rękoma redystrybucja byłaby uzasadniona. Świat wycierpiał już wystarczająco wiele z rąk mnichów, których – jak chciał Nieczajew – jedyną namiętnością była rewolucja. Obrabowywanie ludzi z ich prawomocnie zdobytych dóbr jest złe, niezależnie od tego, jak wzniosłe cele sobie stawiamy i co mamy zamiar zrobić ze zrabowanymi pieniędzmi. Chodzi mi raczej o to, że opływający w bogactwa redystrybucjoniści grzeszą podwójnie: nie tylko głoszą fałszywą moralność, ale równocześnie sami łamią jej zasady. Żądają miłosierdzia i ubóstwa, jednak sami miłosierni i ubodzy nie są.

PS Teorię tę można rozszerzyć na osoby, które nie są politykami, ale które uznają redystrybucjonizm za prawomocną teorię moralną. Ale o tym (i o tym, dlaczego redystrybucjoniści nie powinni jeść lodów) przeczytać będzie można w następnych wpisach.

11 Comments:

  1. Wskazówka pierwsza: żaden zawodowy polityk nie wybiera takiej drogi, aby pozostać niezamożnym.
    Problemem publicznej pomocy społecznej jest ten sam grzech pierworodny, który trapi każdą dziedzinę państwowości.

  2. Argumenty ekonomiczne i moralne przemawiają w oczywisty sposób na niekorzyść redystrybucjonizmu. Ale sam fakt, że osoba dokonująca redystrybucji zarabia więcej niż najmniej zarabiająca osoba podlegająca redystrybucji daje się w pewien sposób obronić. Można by argumentować, że osoba dokonująca redystrybucji otrzymuje zapłatę za swoją pracę (musi mieć odpowiednie kompetencje, żeby taką redystrybucję organizować), kompetencji takich nie ma osoba najmniej zarabiająca podlegająca opodatkowaniu. W tej argumentacji zakłada się, że „organizacja redystrybucji” wymaga większych kompetencji i jest wyceniania wyżej niż praca najbiedniejszego człowieka podlegającemu opodatkowaniu.
    Wydaje mi się, że w dyskusji taka argumentacja może padać często. Czy błąd polega na przyjęciu niedających się niczym poprzeć założeń? Gdzie są słabe strony takiej argumentacji?

    1. W dłuższej wersji tekstu analizowałem ten argument, ale zdecydowałem się go pominąć.
      Wydaje mi się, że ten argument jest błędny na dwa sposoby.

      Po pierwsze, jak sam napisałeś: „W tej argumentacji zakłada się, że „organizacja redystrybucji” wymaga większych kompetencji i jest wyceniania wyżej niż praca najbiedniejszego człowieka podlegającemu opodatkowaniu.” To założenie jest zupełnie nieuzasadnione. Kto tak wycenia tę pracę? Z pewnością nie „rynek”, bo rynek jej nie chciał. Z pewnością nie ci, którzy podlegają opodatkowaniu. Więc kto? Politycy? Tym sposobem byliby sędziami w sprawie wartości pracy, którą sami wykonują, a której inni sobie nie życzą. Mogliby więc wyceniać (i robią to) całkowicie arbitralnie.

      Po drugie, cała istota problemu polega na tym, że redystrybucja jest uzasadniona moralnie tylko i wyłącznie jeśli bogaci płacą biednym. Jeśli jest na odwrót, jest ona nieprawomocne. I teraz, polityk może powiedzieć – ale jeśli nie zaproponujemy wysokich wynagrodzeń, ludzie nie będą chcieli pracować jako urzędnicy i w ogóle redystrybucji nie będzie. Ale nawet gdyby tak było, to (1) sam polityk nie musiałby dostawać wysokiego wynagrodzenia, on przecież robi to w celach moralnych, (2) ci, którzy zostali skuszeni wysokimi wynagrodzeniami – o wiele wyższymi niż dochody marginalnego płatnika – nadal postępują niemoralnie, bo żyją kosztem biedniejszych.

  3. Zamiast argumentów – anegdota:
    Swojego czasu, przed wojną, francuskie ministerstwo finansów znane było z okrutnych decyzji oszczędnościowych (wtedy w Europie panował kryzys – rodem z USA). Polski dyplomata, który odwiedził ministra finansów był zaskoczony ubóstwem wyposażenia gabinetu, a szok wzbudziła w nim zwykła lampa, jakiej u nas używano w kuchni: goła żarówka, a nad nią klosz z zielonego szkła.
    Tu koniec anegdoty… i wspomnienie:
    W czasie wieloletniej mojej działalności jako biegłego, odwiedzałem wiele sądów. Im wyższy sąd, tym większe bogactwo w budowli i wyposażeniu.Sąd Wojewódzki w Łodzi: wydałem ekspertyzę, oświadczyłem swoje, przedłożyłem rachunek (całkowicie zgodny z przepisami, o przy wiarogodnej ilości godzin pracy) i … czekałem miesiącami na jego uregulowanie. Wreszcie wysłałem ponaglenie z doliczeniem należnego oprocentowania za zwłokę. W zamian otrzymałem od Prezes Sądu pismo oskarżające mnie o brak poczucia obywatelskiego, bo publicznie było wiadomo o ciężkiej sytuacji finansowej sądów. Odpisałem, że ja również znajduję się w nie najlepszej kondycji finansowej i mam prawo domagać się zapłaty za moją pracę. Ciężko obrażony sąd znalazł jednak pieniądze (i w obawie o dodatkowe procenty) przysłał mi te pieniądze. To była wtedy taka normalna procedura: sądy płaciły swoim, a zalegały miesiącami z zapłatą zależnym od nich zleceniobiorców, z pełnym wykorzystaniem zastraszającej roli.
    Czy jest jakaś pointa, owszem… (dopiszcie ją sami).

    1. Nie wydaje mi się, aby argumenty natury moralnej mogły wpłynąć na przebieg, czy wynik takich dyskusji. Argumenty logiczne też przeważnie zawodzą. Zaprezentowane przez autora rozważania, choć interesujące i precyzyjne, raczej nie wydostaną się poza dyskurs naukowy, akademicki, czy filozoficzny.

      1. Zasadniczo zgadzam się, że racjonalne argumenty są słabym narzędziem perswazji w większości sporów, ponieważ poglądy większości osób nie mają zakorzenienia w racjonalnej analizie, ale bądź w emocjach, bądź – jeszcze gorzej – mają pochodzenie genetyczne.

        Jednak to, co napisał Strategiusz, wydaje mi się trafne – w jaki sposób lewicowy polityk miałby odpowiedzieć, gdybyśmy zarzucili mu, że dorobił się na pomaganiu biednym? To byłoby właśnie silnie emocjonalne i dlatego perswazyjne.

  4. A czy sprawdziłeś czy rzeczywiście zarobki polityków, na przykład w Polsce, są rzeczywiście aż tak wysokie w porównaniu z zarobkami na stanowiskach w biznesie o porównywalnym poziomie wymagań co do kompetencji i odpowiedzialności prawnej? Nie mam na to liczb, ale moim zdaniem jak ktoś chce zrobić duże pieniądze to bynajmniej nie idzie do polityki (w tzw. pierwszym świecie, bo np. w Rosji może być inaczej).

    1. Pewno często tak jest. Co nie zmienia postaci rzeczy, że jeśli ktoś ma więcej niż ten, komu odbiera, to nie ma prawa mówić, że uzasadnieniem jego działań jest pomoc potrzebującym. Bo on żyje z ODBIERANIA potrzebującym.

  5. „W istocie blisko mu do argumentu, który wskazywałby, że mamy obowiązek płacić złodziejom, gdyż jeśli nie będziemy tego robić, będą oni mieli zbyt dużą motywację, by kraść” Dzisiaj rano radiobudzik obudził mnie słowami, że właśnie takie działania mają zostać podjęte w Krakowie… Chodzi o walkę ze smogiem poprzez pozwolenie wszystkim kierowcom na bezpłatną jazdę komunikacją miejską.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.