Czy państwo musi istnieć?

Naturalistyczna teoria państwa wskazuje, że w społecznościach złożonych z wielkiej liczby jednostek państwa są stanem społeczno-ekonomicznego equilibrium. W tym ujęciu wielkie społeczności nie tyle powinny być, ile raczej zawsze będą (przynajmniej dopóki nie zmieni się struktura ludzkiego mózgu) zorganizowane w formie państw. Nieuniknioność istnienia państw wynika z efektu gapowicza, z zasady, która – jak wskazuje Anthony de Jasay – rządzi światem. W każdej dużej społeczności jakiejś małej grupie (złożonej z osób o odpowiednim usposobieniu psychologiczno-moralnym) będzie opłacało się zorganizować i spróbować zmusić resztę społeczeństwa do posłuszeństwa. Grupa tego typu – prędzej czy później – zrealizuje swój cel, gdyż żadnej pojedynczej osobie spoza tej grupy nie będzie opłacało się angażować swoich zasobów (czasu, pieniędzy, zdrowia), by bronić się przed taką dominacją. Żadnej jednostce nie będzie opłacało się przystąpić do zbrojnego oporu, gdyż (a) powodzenie tego przedsięwzięcia jest w minimalnym stopniu zależne od udziału pojedynczej jednostki i (b) przyłączając się do tego typu grupy jednostka ryzykowałaby utratę życia, zdrowia czy innych zasobów. Ponieważ zysk z przyłączenia się do walki to zaniedbywalnie małe zwiększenie prawdopodobieństwa powodzenia tej walki, koszty zaś to odczuwalna strata czasu i zasobów połączona z istotnym prawdopodobieństwem utraty zdrowia lub życia, koszty zdają się wielokrotnie przewyższać zyski. Od twojego udziału w walce nie zależy powodzenie tej walki, a możesz w tej walce zginąć, dlatego racjonalny egoista nie przyłączy się do walki. Nie bez znaczenia – choć jest to mniej ważny czynnik – są tu również problemy organizacyjne (im mniejsza grupa, tym łatwiej się zorganizować).

Zjawisko to – które jest jedną z wersji problemu działania kolektywnego, problemu dóbr publicznych lub efektu gapowicza – Gordon Tullock określił mianem paradoksu rewolucji. Fakt, że jakieś działanie jest opłacalne dla grupy, nie oznacza, że opłaca się w nie angażować jednostce. Choć rewolucja (zbrojny opór) byłaby korzystna dla wszystkich, przystąpienie do rewolucji nie jest korzystne dla żadnej pojedynczej jednostki. Istnienie paradoksu rewolucji sprawia, że zawsze będą pojawiać się zorganizowane grupy, których celem będzie podbicie danej społeczności, pojedynczy członkowie tych społeczności nigdy nie będą zaś mieli wystarczającej zachęty, by bronić się przed podbiciem. Mała zorganizowana grupa posiadająca komparatywną przewagę w stosowaniu przemocy zawsze pokona dużą niezorganizowaną grupę, która choć jako całość jest silniejsza, to w interesie składających się nań jednostek jest unikać walki. Oznacza to – wskazują zwolennicy naturalistycznego uzasadnienia państwa – że państwo jest tworem naturalnym, który odtwarzać będzie się w każdej grupie jednostek przekraczającą określoną liczbę. Zwolennicy tej tezy posiłkują się nie tylko modelem ekonomicznym, ale wskazują także, że państwa istnieją obecnie niemal na każdym obszarze świata.

Zwolennicy naturalistycznej teorii państwa wskazują często, że fakt zdominowania danej społeczności przez niewielką grupę, która narzuca jej swoje prawa, niekoniecznie musi być dla danej społeczności niekorzystny. Jak wskazuje Tullock, w interesie grupy dominującej jest stworzyć system prawa i jego egzekucji, który sprawi, że jednostki przestaną ze sobą walczyć i będą mogli poświęcić swój czas na produkcję, z której zyski – za pomocą systemu podatkowego – czerpać będzie państwo. Mimo więc iż nowo powstałe państwo-gang działa wyłącznie w swoim interesie, to w jego interesie właśnie jest spróbować zapewnić na danym terenie porządek i umożliwić jednostkom pracowanie i wymienianie się owocami swojej pracy. Proces ten Mancur Olson i Martin McGuire opisują jako transformację „wędrującego bandyty” w „bandytę stacjonarnego”. Wędrujący bandyta nie ma litości dla ofiary i odbiera jej wszystko, nie ma bowiem gwarancji, że to on będzie mógł ograbić ją kolejny raz (strategia drapieżnika). Odmiennie wygląda sytuacja stacjonarnego bandyty: ponieważ posiada on monopol na stosowanie przemocy na danym terenie, wie, że będzie mógł dokonywać systematycznej grabieży na danej społeczności, w związku z czym w jego interesie leży, by nie doprowadzić ofiary do śmierci bądź zepchnąć ją na skraj nędzy. Dlatego bandyta stacjonarny nie tylko będzie powstrzymywał się od prób wymordowania podległego sobie społeczeństwa, ale będzie również starał się zapewnić warunki, w których społeczeństwo to będzie produktywne. Olson i McGuire idą jednak dalej, wskazując, że jeśli stacjonarny bandyta będzie chciał zmaksymalizować swoje zyski, będzie musiał nie tylko zadbać o porządek na danym terenie, ale będzie również musiał pozostawić swoim poddanym określony obszar wolności – np. zmniejszając obciążenia podatkowe, a nawet samemu zobowiązując się, do nienaruszania praw danej społeczności (np. uchwalając konstytucję, w której zagwarantuje jednostkom określone prawa). Wędrujący bandyta (wojownicze plemię czy gang) jest więc bezwzględnym drapieżnikiem, stacjonarny bandyta (państwo) – maksymalizującym zyski pasożytem, któremu zależy na dobrostanie swojego nosiciela. Jak wskazują McGuire i Olson, interesy rządzących są o wiele częściej niż może nam się zdawać, tożsamie z interesami rządzonych:

Zawsze gdy dbający o swój interes podmiot posiadający monopol na stosowanie przemocy posiada złożone i stabilne interesy na terenie, nad którym sprawuje władzę, działa on na sposoby, które w zdumiewającym stopniu zgodne są z interesami społeczeństwa i tych, którzy podlegają tej władzy. Jest to tak, jak gdyby rządzący był kierowany niewidzialną ręką nie mniej paradoksalną dla nas niż niewidzialna ręka rynku była w czasach Adama Smitha.

Olson i McGuire idą tu zbyt daleko (trudno np. zrozumieć, dlaczego odbieranie połowy dochodu jednostkom miałoby być w interesie tych jednostek), błędnie też utożsamiają interesy państwa z zyskiem monetarnym. Rządzącym może nie zależeć na maksymalizowaniu fizycznego przychodu, ale na powiększaniu swojej władzy (Stalin jest tu dobrym przykładem) – w takim wypadku obszar praw i wolności, który pozostawiony zostanie jednostkom będzie zaiste mały. Pasożyt nie musi wcale dbać o dobrostan żywiciela, bardzo często wystarczy, że utrzyma go przy życiu (władza-pasożyt jest tak małą w porównaniu z całym społeczeństwem-nosicielem, że nawet społeczeństwo znajdujące się dramatycznej sytuacji gospodarczej jest w stanie wytworzyć tyle dóbr, by zapewnić władzy luksusowe życie). Niemniej jednak pozostaje faktem, że w pewnym zakresie interesy państwa mogą być zbieżne z interesami społeczeństwa. Ponieważ – wg Olsona i McGuire’a – jedyną alternatywą wobec państwa jest chaos anarchii, powstanie państw jest w ich przekonaniu nie tylko procesem naturalnym, ale także dobroczynnym dla społeczeństwa.

Jeśli teorie „naturalistów” są prawdziwe, jesteśmy skazani na istnienie państwa, zaś jego libertariańska krytyka wydawać może się czymś nie tyle nawet błędnym, co jałowym. Libertarianie jawią się w tym ujęciu niczym entomologowie, którzy próbują namawiać mrówki, by porzuciły mrowisko oraz służbę królowej i zaczęły realizować swe prywatne cele i marzenia. Ktoś może powiedzieć, że jest to fałszywa analogia, gdyż kierowane instynktem mrówki muszą żyć życiem kolektywu, my zaś możemy intencjonalnie wybrać wolność. To prawda, ludzie nie są mrówkami, jednak jednostkowa racjonalność wywołująca efekt gapowicza i w konsekwencji uniemożliwiająca bunt przeciw władzy, daje tu podobne efekty, jakie instynkt daje w wypadku mrówek. Mrówka nie może porzucić mrowiska, gdyż wspólna praca wszystkich mrówek na rzecz mrowiska to jedyna szansa na przeżycie jej genów, jednostka nie chce zbuntować się przeciw państwu, gdyż spodziewa się, że działanie takie przyniesie jej więcej strat niż zysków. W przeciwieństwie do mrówki możesz się buntować, ale po po co miałbyś to robić, skoro tylko na tym stracisz, a niczego to nie zmieni? Czyżby z państwa-mrowiska nie było ucieczki?

17 Comments:

  1. Cóż, funkcjonującej teorii nie można oprzeć na pochopnych obserwacjach, ale na logicznym wywodzie z poprawnie sformułowanych aksjomatów. Jeśli coś jest prawdziwe w kontaktach między dwoma ludźmi (zasada nieagresji), to nie może być, by zwiększenie tej liczby powyżej pewnej krytycznej, skutkowało zawieszeniem tej zasady.
    Dlatego uważam, że państwo powinno zostać zniszczone.

    1. Nie chodzi o to, że zasada ta zostaje moralnie zawieszona, ale że małej grupie opłaca się tę zasadę łamać i zdominować społeczeństwo, a jednostkom nie opłaca się wystąpić przeciwko tej małej grupie.

      Jedna osoba z karabinem maszynowym może zaszachować tysiąc osób, bo żadnej z tych osób nie będzie opłaciło się zaatakować dzierżącego broń. Gdyby zaatakowali całą grupą, kilku by zginęło, a reszta by żyła wolna. Ale nie zrobią tego, bo koszty dla tych pojedynczych będą za duże.

        1. To prawda.
          Tylko policzmy jaki jest liczbowy stosunek między sytuacjami, w których obrona/rewolucja/powstanie całej społeczności byłoby opłacalne, a sytuacjami, w których do tych powstań doszło?

          Praktycznie zawsze, w każdym momencie, w każdym miejscu na świecie społeczności opłacałoby się zorganizować i np. wymusić na rządzie jakieś formy polityki, które sprawiłyby, że społeczeństwo miałoby się lepiej, gdyż państwo przestałoby na nim tak bardzo pasożytować (to nie musi być rewolucja, zwykła obniżka vatu lub akcyzy kosztem obcięcia paru przywilejów, by wystarczyła). I prawie nigdy do takich zdarzeń nie dochodzi.

  2. Naturalistyczna teoria państwa jest słuszna gdy prawo natury, czyli ludzkie instynkty, w społeczeństwie dominują. Ale rozwój cywilizacji i kultury pokazuje, że ludzie mogą się wyzwalać z tych praw natury i tworzyć kulturę całkiem z nimi sprzeczną. Wolność to pojęcie kulturowe, które wytworzyła nasza zachodnia, chrześcijańska, łacińska cywilizacja. Wolność to nie jest prawo natury, ale prawo naturalne, czyli prawo cywilizacyjne – coś co nam się wydaje naturalne i oczywiste, bo jest takie w naszym kręgu kulturowym, ale nie występuje w wielu innych cywilizacjach, a zatem nie jest naturą człowieka. Państwa w takiej postaci jak występują w dzisiejszym świecie odzwierciedlają naszą zwierzęcą naturę, ale ponieważ kultura jest z tą naturą sprzeczna, to rozwój cywilizacji w kierunku rozwoju kultury musi zmienić naturę państw. A więc wolnościowy powinni przede wszystkim dążyć do rozwoju cywilizacji, która maksymalizuje wolność, wbrew antywolnościowym instynktom. Nie byle jakiej cywilizacji, nie jakieś nowej, ale tej konkretnej, którą już mamy. Niestety tak się nie dzieje, bo wolnościowcy odwołują się głównie do natury, czyli instynktów – a na tym żadnej wolności nie zbudujemy.

    1. Jeśli rządzą nami prawa ekonomii to zawsze małej grupie będzie opłacało się podbić dużą grupę, a każdej pojedynczej osobie z dużej grupy nie będzie opłacało się bronić. Problem ten można by rozwiązać przez szerzenie ideologii wolnościowej (tak by ludzie nie działali kierowani swoimi wąsko rozumianymi interesami ekonomicznymi), ale kto miałby ją propagować, skoro władzę nad produkcją dyskursu posiada państwo?

    2. „Wolność to pojęcie kulturowe, które wytworzyła nasza zachodnia, chrześcijańska, łacińska cywilizacja.”
      Pojęcie wolności znano wszędzie tam, gdzie znano też niewolnictwo. Nie wiem co tu chrześcijańska łacińska cywilizacja ma do rzeczy.

  3. Te same zjawiska można zaobserwować wewnątrz ustroju demokratycznego. Mała grupa, np. górnicy, zwołuje się i wywiera nacisk na rząd by kosztem reszty społeczeństwa dał im przywileje (dopłaty, zwolnienia podatkowe, emerytury, itp.). Ich potencjalny zysk na głowę jest duży, na przykład 100zł miesięcznie. Pozostali obywatele tracić będą w takiej sytuacji bardzo mało, np. 0,1zł miesięcznie, więc nie opłaca im się wychodzić z domu i protestować przeciwko nieuczciwemu zagraniu górników. Rząd przychyla się do żądań, wiedząc że dzięki temu głosy górników na kolejną kadencję sobie raczej zyska a głosów reszty populacji raczej nie straci.

    Kolejnego dnia w kolejce ustawiają się rolnicy, nauczyciele, pielęgniarki, taksówkarze, kolejarze, itd. Aż do momentu gdy system przeładowany tymi wyjątkami rozrasta się do poziomu gdzie każdy oddaje w podatkach 2/3 swojej pensji zaś potem w postaci państwowych usług, zapomóg, gwarancji i innych świadczeń odzyskuje 1/5 wpłaconych danin. Od wszystkiego prowizję pobiera rozrośnięta klasa biurokratyczna.

    Znajomy scenariusz? Chyba aż za dobrze.

    Dopóki większość ludzi nie pojmie, że każde roszczenie względem rządu jest w efekcie atakiem na ich własny portfel, to nic się nie zmieni. A nawet z taką świadomością mogą wybrać łatwiejszą drogę, mianowicie zawiązanie własnej grupki nacisku i wyszarpanie „swojego” kawałka przywilejów.

    Co w tej fatalnej sytuacji pozostaje libertarianom? Słowo glosić, zaś agoryzm uprawiać 🙂

    1. Fajnie opisał to David Friedman:

      „Polityka grup interesu to prosta gra. Sto osób siedzi w okręgu, każdy ma kieszeń pełną pieniędzy. Polityk chodzi wokół okręgu i zabiera wszystkim jedną złotówkę. Nikt się nie przejmuje, kto by się przejmował złotówką? Kiedy obejdzie już cały okrąg, polityk daje pięćdziesiąt złotych jednej z osób, która jest szczęśliwa z niespodziewanego dopływu gotówki. Polityk powtarza proces, za każdym razem obdarowując inną osobę. Po stu rundach wszyscy są biedniejsi o sto złotych, bogatsi o pięćdziesiąt i wszyscy są zadowoleni”.

  4. Te „prawa naturalistyczne” to są bardzo ogólne twierdzenia i bardzo łatwo jest tak usprawiedliwiać i znajdować przyczyny zastanego stanu i w niedbały sposób argumentować, że zmiany są niemożliwe. Brać pod uwagę jedne cechy charakteru człowieka, a pomijać inne. Tak to można uzasadniać wszystko, więc dla mnie to są co najwyżej jakieś zauważone zależności, a nie żelazne prawa.

    1. Myślę, że teoria dóbr publicznych w kontekście istnienia państwa jest dość dobrze udowodniona. Jasne, że to nie są żelazne prawa. To model zakładający egoizm z domieszką altruizmu u jednostek. Altruistycznie nastawione jednostki mogą skutecznie buntować się przeciw państwu. Pytanie brzmi, czy możemy liczyć, że jednostki kiedyś zaczną objawiać taki altruizm?

  5. Cechą człowieka jest wolna wola, zatem, można wolność uważać za naturalną, choć-to prawda-trzeba czasu, kultury, cywilizacji, by to dostrzec, docenić i zacząć uważać za ważne.
    Skoro logika, rozumowanie prowadzą do libertariańskich wniosków – są one prawdziwe, nie mogą być jałowe.
    Jałowe mogą być co najwyżej mrzonki o przekonaniu dostatecznej liczby współplemieńców, czyli zdyskontowanie efektów i paradoksów, o jakich piszecie.
    Zatem: anarchokapitalizm – tak , ale jedynie albo przez secesję zdeterminowanej grupy, albo założenie anarcho- kolonii na wykupionym lub niczyim terenie.

    1. Zgadzam się, zgromadzenie dużej liczby podobnie myślących osób na małym terenie rozwiązałoby najważniejsze problemy przedstawione w tym wpisie. Jednakże koszty takiego działania dla konkretnych jednostek byłyby bardzo duże (dodatkowo pojawiłby się problem koordynacji), co może zniechęcać jednostki do podejmowania takich przedsięwzięć.

      1. Oczywiście. Dlatego na razie to przygoda intelektualna , ale i niezastąpiony klucz do oceny tego, co wokół.
        Na razie: bo gdy zrobi sie gorzej….
        A co słychać w Liberlandii ?

  6. „Libertarianie jawią się w tym ujęciu niczym entomologowie, którzy próbują namawiać mrówki, by porzuciły mrowisko oraz służbę królowej i zaczęły realizować swe prywatne cele i marzenia.” Jestem libertarianinem, ale nie namawiam nikogo do egoizmu (choćby ograniczonego zasadą nieagresji) ani wyzbycia się patriotyzmu. Bunt przeciwko przymusowej władzy nie oznacza braku miłości do Ojczyzny, a nawet może ją potwierdzać – jak ktoś tego nie rozumie, to zachęcam do słuchania polskiego rapu 🙂 Dobro Ojczyzny jak najbardziej może być prywatnym celem i marzeniem, nawet jednym z najważniejszych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.