Jednym z działów libertariańskiej teorii moralnej jest teoria przejścia. Zajmuje się ona moralnymi aspektami przechodzenia od ładu państwowego do ładu libertariańskiego (anarchokapitalizmu lub państwa minimalnego). Co zrobić powinniśmy z własnością państwa? Co z jego zobowiązaniami? Czy urzędnicy państwowi powinni zostać ukarani za współudział w tworzeniu aparatu państwowego? I tak dalej. Jeden z fundamentalnych problemów przejścia – którym zajmę się w tym tekście – dotyczy kwestii tytułów własności dóbr: czy przechodząc do ładu libertariańskiego, powinniśmy uznać aktualne tytuły własności, czy powinniśmy dokonać ich rewizji? Jeśli konieczna jest taka rewizja, to na jakiej zasadzie miałaby się odbywać? Najpierw przedstawię argumenty na rzecz (warunkowego) zachowania aktualnych tytułów własności. Następnie zastanowię się nad argumentami na rzecz rewizji i jej możliwym kształtem.
Domniemanie prawomocności
Podstawowy argument na rzecz zachowania aktualnych tytułów własności można próbować wysnuć bezpośrednio z libertariańskiej teorii własności. Wskazuje on, że osoby, które znajdują się w fizycznym posiadaniu jakichś dóbr lub posiadają do nich tytuł własności zdobyty w nielibertariańskich warunkach (np. we współcześnie istniejącym państwie), mają prawo własności do tych dóbr, o ile nie udowodnimy im, że weszły w ich posiadanie niezgodnie z libertariańskimi zasadami. Pogląd ten opowiada się więc za domniemaniem prawomocności aktualnych tytułów własności, jak i za uznaniem, że posiadacze dóbr mają do nich (niejako automatyczny) tytuł własności, o ile nie udowodni się im, że weszli w ich posiadanie, łamiąc czyjeś prawa (istotne jest tu rozróżnienie między posiadaczem, kimś, kto materialnie kontroluje dany obiekt, a właścicielem, a więc kimś, kto ma do tego obiektu tytuł własności). Jak można to uzasadnić?
Załóżmy, że spotkana na ulicy osoba trzyma w ręku telefon. Czy ma ona obowiązek poinformować nas, w jaki sposób zdobyła ów telefon? Czy jeśli nie przedstawi satysfakcjonującego wytłumaczenia (np. nie pokaże dowodu zakupu), mamy prawo go jej odebrać? Nie wydaje się, by tak było. Obowiązek przedstawienia dowodu spoczywa raczej po stronie tych, którzy oskarżają kogoś o bezprawne posiadanie jakiegoś dobra, nie zaś po stronie posiadacza. Dopiero gdy przedstawimy sensowne argument na rzecz tezy o nieprawomocnej własności (np. nagranie, na którym widać, jak osoba ta kradnie ten telefon), posiadacz danego dobra ma obowiązek bądź przedstawić argumenty na swoją obronę, bądź zwrócić dobro prawomocnemu właścicielowi. Jeśli nie masz dowodu, że ukradłem telefon, który trzymam w ręce, ja nie mam obowiązku tłumaczyć się, skąd go wziąłem. To samo rozumowanie można zastosować do wszystkich rodzajów dóbr – na przykład do ziemi czy pieniędzy. Zgodnie z tą teorią, jeśli nie mamy dowodów na to, że ktoś zdobył swój majątek w sposób nielibertariański, majątek ten powinien pozostać w jego rękach.
Jeśli jesteśmy w stanie pokazać, że ktoś zdobył dane dobro w sposób nieuczciwy, powinno ono wrócić do właściciela. Cała własność państwowa (oprócz dróg, które prawdopodobnie znajdowałyby się w kolektywnym posiadaniu) przeszłaby więc – na drodze uwłaszczenia lub prywatyzacji – w ręce prywatne. Równocześnie uzasadnionym byłoby odebrać własność (lub część własności) osobom, które współtworzyły aparat państwowy. Osoby te zaangażowane były bowiem w działania organizacji masowo łamiącej prawa jednostek. Ten drugi projekt wydawać może się zbyt radykalny (nie w tym sensie, że jest niemoralny, ale w tym sensie, że mógłby wzbudzić zbyt duży sprzeciw), dlatego mógłby być ograniczony do politycznych i państwowych elit. Tylko one musiałyby oddać swoje majątki w ramach odszkodowania, urzędnicy niższego stopnia mogliby zostać ukarani o wiele łagodniej (np. w formie jakiejś relatywnie niewielkiej kary finansowej).
W moim przekonaniu, własność państwowa powinna być redystrybuowana od dołu. Oznacza to, że powinna trafić w pierwszej kolejności do najbiedniejszych. Przykładowo, tereny państwowe należałoby podzielić na działki i rozdać ludziom – rozpoczynając od tych, którzy mają najmniej. Mogę to uzasadnić (jest to uzasadnienie podatne na krytykę) na dwa sposoby. Po pierwsze, możemy założyć, że osoby najbiedniejsze najwięcej straciły na istnieniu państwa. Nie w tym sensie, że państwo zabrało im najwięcej pieniędzy w formie podatków, ale w tym sensie, że zło, które państwo wyrządza obywatelom, prawdopodobnie bardziej odcisnęło się na losie biednych niż bogatych (oczywiście, musimy zgodzić się tu na jakąś utylitarystyczną ramę). Po drugie, rozwiązanie takie jest korzystne ze względów strategicznych – libertarianizm musi mieć coś do zaoferowania masom.

W świetle tego rozwiązania: (1) własność państwowa zostałaby rozdzielona między obywateli, (2) własność osób współtworzących państwo zostałaby redystrybuowana (do obywateli) w zakresie zależnym od ich roli w aparacie przymusu, (3) własność prywatna pozostałaby w rękach właścicieli, chyba że dałoby się dowieść, że została zdobyta w sposób nieprawomocny.
Rewizja tytułów własności
Istnieje jednak zasadniczy problem z przedstawionym powyżej argumentem. Zdaje się on nie brać pod uwagę faktu, że własność, w posiadaniu której aktualnie znajdują się jednostki – choć mogła nie zostać przez nie ukradziona – pochodzić może z kradzieży lub zdobyta mogła zostać dzięki przemocy państwowej. To, że aktualny właściciel nie ukradł dóbr, w których posiadaniu się znajduje, nie musi rozstrzygać sprawy – pieniądze te mogły bowiem zostać ukradzione komuś innemu i przekazane aktualnemu właścicielowi. Wyobraźmy sobie, że do wspomnianej osoby idącej ulicą z telefonem ktoś podbiega, wyrywa jej telefon i daje go jakieś osobie trzeciej, mówiąc: „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!”. Czy okradziona osoba ma prawo odebrać telefon obdarowanemu? Oczywiście. To, że ktoś zabrał należącą do mnie rzecz i przekazał komuś innemu (nawet jeśli ten ktoś nie był świadomy, skąd ta rzecz pochodzi), nie zmienia fundamentalnego faktu, że mam tytuł własności do tej rzeczy. Jeśli więc państwo zabrałoby A jego własność i przekazało B, B miałby obowiązek oddać tę własność A. To tworzy fundamentalną przesłankę pozwalającą uznać, że aktualne tytuły własności są bardziej chwiejne, niż mogłoby się zdawać. Wyobraźmy sobie dwie osoby. A w ciągu swego życia nie brał od państwa nic lub prawie nic, B brał od państwa sporo (uczęszczał na państwowy uniwersytet, pracował w państwowej instytucji, brał dotacje, wykonywał zlecenia dla państwa itd.). Choć można argumentować, że B miał prawo robić to wszystko (robiąc to, nie łamał zasady nieagresji), to wszedł w posiadanie pieniędzy, o których A może myśleć, że zostały mu skradzione. B wprawdzie nie grabił, ale żył z zagrabionego. I jeśli trochę tego zagrabionego jest nadal w posiadaniu B, A może się o to upomnieć.
Tu pojawia się interesujący problem – czy rzeczywiście zawsze jest tak, że gdy państwo zabierze coś A i da B, to A ma prawo żądać zwrotu tego czegoś od B? Gdyby państwo ukradło A psa i dało go B, byłoby jasne, że pies nadal jest własnością A. Tak samo, gdyby państwo przejęło kamienicę i przekazało komuś innemu. Ale czy jeśli państwo ukradnie A 100 złotych i da B, to B powinien oddać sto złotych A? Wydaje się, że tak – czym różni się 100 zł od kamienicy? A co, jeśli państwo ukradnie 10 osobom po 100 złotych i ze zdobytego 1000 zł wyda 500 zł – czy powinno oddać 10 osobom po 50 złotych, czy może powinno oddać tym osobom, których stuzłotówek (rozpatrywanych tu jako materialny obiekt) nie wydało, całość zabranych pieniędzy, a reszcie nie dawać nic (nie dlatego że nie musi, ale dlatego że więcej nie ma)? Jeszcze bardziej sytuacja komplikuje się, gdy państwo zabierze milionom ludzi różne kwoty pieniędzy (których brak odczują one w różnym stopniu), nałoży na nich różnego rodzaju regulacje (które będą dotykać ich w różny sposób) i część pieniędzy odda – w ten czy inny sposób – niektórym osobom. Jak wtedy ustalić, kto ma do czego prawo? Jeżeli bowiem państwo jest wielkim rabusiem, który okrada nas wszystkich i daje z powrotem część ukradzionych pieniędzy niektórym z nas, status praktycznie wszystkich dóbr, w których jesteśmy posiadaniu, staje się wysoce niejasny.
Można próbować rozwiązać ów problem, wprowadzając dwa pojęcia. Za beneficjentów państwa będziemy uznawać osoby, które płacą państwu w formie podatków mniej, niż od niego otrzymują (i szerzej, więcej zyskują niż tracą na jego licznych regulacjach). Wyobraźmy sobie kogoś w rodzaju Kulczyka, kto wygrywa państwowe przetargi, dzięki czemu w swoich inwestycjach notuje stopę zysku niemożliwą do osiągnięcia dla kogoś, kto działa na wolnym rynku. Z pewnością państwo odebrało mu w ciągu jego życia bardzo dużo, można jednak argumentować, że na wolnym rynku nie byłby w stanie zarobić tak wielkich pieniędzy. Za ofiary państwa będziemy uznawać tych, którym państwo zabrało więcej, niż dało. Wykorzystując oba te pojęcia, możemy zaproponować następujące twierdzenie moralne: beneficjenci państwa są w posiadaniu pieniędzy ofiar państwa i dlatego ofiary te mogą domagać się tych pieniędzy zwrotu. W momencie wprowadzenia ładu libertariańskiego konieczna jest daleko posunięta redystrybucja tytułów własności (od beneficjentów do ofiar), konieczne jest rozkluczykowanie kulczyków. (W ujęciu tym kulczykowie są więc synonimem kogoś, kto samemu nie rabując i nie niewoląc, dorobił się dzięki bardziej lub mniej rozwiniętym interesom z rabującym i niewolącym państwem lub w wyniku działania na rynkach przez to państwo zdeformowanych. Nie musimy więc kulczyków automatycznie uznawać za niemoralnych.)
Hipoteza ta jest niezwykle kusząca, jest z nią jednakże związany istotny problem. W wielkiej liczbie przypadków wydaje się niezwykle trudno określić, ile dana osoba zapłaciła państwu, ile zaś od niego wzięła. Problem jest tu nie tylko techniczny (musielibyśmy analizować historię finansową każdej osoby), ale i teoretyczny. Straty, które powoduje państwo, nie mają bowiem wyłącznie charakteru monetarnego. Nie jest na przykład możliwym wyliczyć straty, które jednostka poniosła w wyniku tego, że państwo uniemożliwiło jej podążanie tą, a nie inną ścieżką (np. w wyniku istnienia określonych regulacji gospodarczych), że była zmuszona uczyć się w państwowej szkole (i np. była tam prześladowana), że była wcielona do wojska, że różne jej wolności były ograniczone itd. To mogłoby nas skłonić do porzucenia idei rewizji tytułów własności. Skoro nie jesteśmy w stanie przebadać historii każdej jednostki, może powinniśmy zostawić wszystko tak jest i uznać, że posiadanie danego dobra daje nam do niego tytuł własności (poza dobrami, które znajduje się w rękach państwa lub jego przedstawicieli, i dobrami, których prawowitego właściciela da się wskazać)? Z drugiej strony, dlaczego mielibyśmy wybrać akurat takie rozstrzygnięcie sprawy? Fakt, że relacje własnościowe są tak skomplikowane, może skłaniać do innych rozwiązań. Można argumentować, że jeśli tytuły własności zasadniczo zostały zdobyte w nielibertariańskich warunkach, powinniśmy dokonać ich radykalnej redystrybucji. Ponieważ nie jesteśmy w stanie odróżnić beneficjentów od ofiar, redystrybucja powinna odbywać się na jakiejś innej, prawdopodobnie egalitarnej, zasadzie.
Nowy start, czyli kapitalizm-tym-razem-w-sprawiedliwy-sposób
Jedną z zasad takiej redystrybucji określić można mianem nowego startu lub kapitalizmu-tym-razem-w-sprawiedliwy-sposób. Rozwiązanie to, wychodząc z przekonania, że państwo tak bardzo wmieszało się w nasze relacje własnościowe, że są one całkowicie skrzywione (względem tego, w jaki sposób własność powinna być zdobywana), wskazuje, że powinniśmy dokonać rewizji praktycznie wszystkich tytułów własności. Najbardziej radykalna wersja tego rozwiązania polegałaby na zapewnieniu literalnie rozumianego równego startu – własność zostałaby podzielona między wszystkich obywateli danego państwa. To rozwiązanie wydaje się podejrzane moralnie i, równocześnie, całkowicie niepraktyczne. Mniej radykalna wersja polegałaby na zezwoleniu każdej osobie, by zachowała własność do jakiejś wartości (np. miliona złotych), wszystko ponad to zostałoby rozdystrybuowane wśród reszty społeczeństwa (z wyjątkiem osób pracujących wcześniej dla państwa), najlepiej od dołu. Taka redystrybucja miałaby charakter jednorazowy. Od tego momentu wszystkie tytuły własności byłyby uznawane za całkowicie prawomocne.
Zauważmy, że takie rozwiązania mogłyby całkowicie zmienić nasze postrzeganie kapitalizmu. Zamiast kapitalizmu postfeudalnego, w którym byli chłopi i pozbawieni jakiegokolwiek kapitału miejscy robotnicy muszą sprzedawać swoją pracę kapitalistom w zamian za głodowe pensje, lub kapitalizmu postkomunistycznego, w którym wywłaszczone społeczeństwo sprzedawać musi pracę uwłaszczonej nomenklaturze i zagranicznym inwestorom, mielibyśmy do czynienia z kapitalizmem-tym-razem-w-sprawiedliwy-sposób, w którym wszyscy zaczynaliby z podobnego poziomu, co polepszyłoby (na różne sposoby) sytuację pracowników względem pracodawców. Historie mówiące, że w kapitalizmie każdy ma tyle, ile sobie wypracuje, brzmiałyby bardziej wiarygodnie, gdyby jedni nie zaczynali jako właściciele fabryk i banków, nie dostawali preferencyjnych kredytów i bezzwrotnych pożyczek, nie stawali do ustawionych pod nich przetargów i nie dysponowali dziesiątkami niedostępnych dla zwykłych ludzi metod na unikanie podatków, inni zaś nie zaczynali z gołymi rękami. Podkreślmy, że rozwiązanie to (chciałbym, byśmy się nad nim zastanowili, choć niekoniecznie się za nim opowiadam) nie wskazuje, że wszyscy powinniśmy zaczynać z poziomu równości, ale że powinniśmy zaczynać w sprawiedliwy sposób, a sprawiedliwość – wobec deformacji stosunków własnościowych przez państwo – można zapewnić przez jednorazową wyrównującą redystrybucję. Tak się złożyło, że równość – do której jako libertarianie nie mamy żadnej szczególnej predylekcji (równość się zdarza i może być czasami nawet przyjemna, ale nie należy jej pożądać) – jest w tym momencie tożsama ze sprawiedliwością).
Osoby, które straciłyby na tej redystrybucji, czułyby się oczywiście pokrzywdzone. Dlaczego to one mają oddawać swoje dobra, by wynagradzać krzywdy wyrządzone przez państwo? Argument jest prosty (co niekoniecznie oznacza: poprawny) – dlatego że dobra te zostały zdobyte w systemie, który nie był systemem sprawiedliwym. Wyobraźmy sobie, że państwo wprowadza regulację, która ogranicza możliwość wykonywania jakiejś bardzo potrzebnej społeczności usługi, tak że sprzedawać tę usługę może tylko bardzo wąska grupa osób. Jest jasne, że w takiej sytuacji osoby, które mają prawo sprzedawać te usługę, będą mogły zawyżać jej cenę (mechanizm rynkowy nie spowoduje obniżenia cen do poziomu rynkowego), notując tym samym wielkie zyski. Czy możemy powiedzieć, że osoby te zdobyły te pieniądze w uczciwy sposób? Choć same nie robiły nic nieuczciwego, korzystały z nieuczciwości państwa.
Jakiś libertarianin (bo libertarianie uwielbiają argument z arbitralności) może powiedzieć w tym momencie: „Dlaczego wyznaczyłeś sumę pieniędzy, które wolno zachować, akurat na milion? Przecież to jest całkowicie arbitralne”. Oczywiście celem tej wątpliwości jest krytyka nie arbitralnego wybrania miliona, ale krytyka całej teorii, która opiera się na tego typu arbitralności. Moja niedoskonała odpowiedź brzmi: w tego typu sytuacjach arbitralność jest niemożliwa do uniknięcia. Jeśli chcemy dokonać takiej przycinającej redystrybucji, musimy się zdecydować na jakąś kwotę. Będzie to niesprawiedliwe, ale niedokonanie tej redystrybucji też można postrzegać jako niesprawiedliwe.
Podsumowanie, które jedynie m
