Bryan Caplan „Edukacja pod lupą”

Nakładem wydawnictwa Fijorr Publishing ukazała się właśnie książka Bryana Caplana pt. Edukacja pod lupą. Dlaczego dzisiejszy system szkolnictwa to strata czasu i pieniędzy, do której miałem przyjemność napisać posłowie. Przekonanie, że edukacja jest gwarantem sukcesu społeczeństw, jest jednym z najważniejszych świeckich dogmatów naszych czasów. Edukacja pod lupą… uderza w ten dogmat z wielką siłą. Jeśli ustalenia Caplana przetrzymają ogień krytyki i pokonają uprzedzenia poznawcze akademików, książka ta radykalnie odmieni nasze myślenie o szkolnictwie. Dawne czasy, czasy naiwnej wiary w niezwykłą wartość studiów i, szerzej, edukacji, określać będzie się akronimem BC – before Caplan.

Jeśli pojęcie must read ma jakiś sens, to książka Caplana jest właśnie must read dla ludzi zajmujących się edukacją

Wielką zaletą Edukacji pod lupą… jest to, że poddając edukację fundamentalnej krytyce, Caplan nie odwołuje się do żadnych kontrowersyjnych założeń. Książka nie jest pisana z pozycji libertariańskich czy neoliberalnych. To oparta na badaniach empirycznych analiza współczesnego modelu edukacji. Edukację pod lupą… polecam szczególnie wykładowcom akademickim i nauczycielom, choć ostrzegam, że może ona zachwiać ich autokreacją.

By zachęcić do lektury i nieco ją ułatwić: oto zarys argumentu Caplana w 10 punktach (więcej na ten temat możesz przeczytać we wcześniejszym wpisie):

  1. Szkoły uczą rzeczy w dużej mierze nieprzydatnych na rynku pracy. A nawet, gdy uczą rzeczy przydatnych, uczą ich nieefektywnie. A nawet jeśli zdarza im się w efektywny sposób uczyć rzeczy przydatnych, studenci szybko zapominają większość tego, czego się nauczyli.
  2. Szkoły nie są również dobre w „uczeniu myślenia”. Istnieje zaskakująco mało dowodów na to, że transfer wiedzy – wykorzystywanie metod i teorii zdobytych na jednym obszarze do rozwiązywania problemów na innym obszarze – jest realnym zjawiskiem.
  3. Tradycyjna teoria edukacji (teoria kapitału ludzkiego), wedle której studia przemieniają nieprzygotowanych do wykonywania pracy młodych ludzi w obdarzonych fundamentalnymi kompetencjami i rozwiniętych kognitywnie pracowników, wydaje się błędna.
  4. Wątpliwe są również inne zyski z edukacji: szkołom nie udaje się uczynić ze studentów lepszych obywateli, są również słabe w rozwijaniu życia intelektualno-duchowego uczniów i skłanianiu ich do zainteresowania kulturą wyższą i sprawami ducha.
  5. Mimo niskiej przydatności, jakości i retencji wiedzy nauczanej na wyższych uczelniach posiadanie dyplomu akademickiego ułatwia zdobycie pracy i długotrwale zwiększa zarobki absolwentów. Tylko część różnicy w zarobkach da się wyjaśnić faktem, że osoby posiadające wykształcenie są statystycznie bardziej uzdolnione niż osoby niewykształcone. Dlaczego pracodawcy są skłonni płacić absolwentom więcej, jeśli edukacja nie wyposaża studentów w przydatne w pracy zawodowej kompetencje?
  6. Powodem wysokiej premii za dyplom akademicki (szczególnie z prestiżowych uczelni) jest fakt, iż ukończenie studiów sygnalizuje pracodawcom, że absolwent posiada trzy kluczowe z ich punktu widzenia cechy: inteligencję, pracowitość oraz odpowiedni poziom konformizmu. Choć inteligencję da się dość łatwo zmierzyć, pracodawcom bardzo trudno określić, czy dany kandydat jest pracowity oraz czy będzie potrafił podporządkować się zasadom panującym w miejscu pracy: czy będzie potrafił wykonywać nudne zadania, czy będzie słuchał poleceń, czy potrafi dogadać się z innymi osobami itd. Ponieważ nie sposób ukończyć prestiżowego kierunku studiów, nie posiadając tych cech, pracodawcy o wiele chętniej zatrudniać będą osoby po studiach niż osoby nieposiadające dyplomu. Studia najlepiej konceptualizować jako rodzaj wieloletniej rozmowy kwalifikacyjnej, podczas której aplikant udowadnia pracodawcy, że charakteryzuje się pożądanymi przezeń cechami.

    Caplan: Nawet jeżeli wszystko , czego uczeń nauczył się w szkole, jest kompletnie nieprzydatne, pracodawcy chętnie zaoferują mu wyższą pensję, kierując się tym, co jego osiągnięcia naukowe mówią o jego produktywności.
  7. Teoria sygnalizowania wykształceniem jest w stanie wyjaśnić wiele zjawisk, których nie potrafi wyjaśnić teoria tradycyjna. Dlaczego dyplom jest tak cenny, mimo że uczelnie nie są zbyt dobre w budowaniu kompetencji studentów? Dlaczego w oczach pracodawców niewspółmiernie ważny względem samego studiowania jest fakt ukończenia studiów (efekt owczej skóry)? Dlaczego tak mało osób korzysta z możliwości darmowego uczestnictwa na zajęciach na prestiżowych uczelniach (i dlaczego uczelnie nie zabraniają takiego uczestnictwa)? Dlaczego studenci wybierają najmniej wymagających wykładowców i najprostsze przedmioty? I wreszcie, dlaczego zwrot z edukacji jest o wiele wyższy w przypadku jednostek niż w przypadku całych narodów?
  8. Rozsądne szacunki wskazują, że 20% premii za wykształcenie związane jest ze zdobytą podczas studiów wiedzą i umiejętnościami, zaś 80% wyjaśnić można sygnalizowaniem. Nie jest więc tak, że podczas studiów studenci nie uczą się niczego przydatnego (niektóre kierunki ewidentnie górują tu nad innymi) i nie rozwijają się kognitywnie, ale – uśredniając – rola tych czynników jest o wiele mniejsza, niż nam się zdaje.
  9. Mimo że poszczególnym jednostkom opłaca się studiować, fakt, iż tak wiele jednostek angażuje się w studiowanie, jest niekorzystny społecznie. Studia – przynajmniej w obecnym kształcie (wieloletnie studia niesprofilowane pod konkretny zawód) – są nieefektywną metodą przypisywania pracowników do firm. Zysk jednostki ze zdobycia wykształcenia nie idzie w parze z zyskiem społeczeństwa związanym z tym, że tak wiele jednostek studiuje.
  10. Rozwiązaniem problemu jest wycofanie się państwa ze wspierania edukacji wyższej, w efekcie czego mniejsza liczba osób angażować będzie się w marnotrawcze sygnalizowanie. Na poziomie edukacji średniej państwo powinno położyć dużo większy nacisk na edukację zawodową, która przygotowywać będzie część społeczeństwa do wykonywania konkretnych zawodów.


Wesprzyj bloga!

Santander Bank
31 1090 1447 0000 0001 0168 2461

10 Comments:

  1. Ta książka ma rynkowy potencjał, tematyka jest zgodna z obowiązującym antynaukowym trendem, „nowym średniowieczem”, w którym nie ceni się powszechnej edukacji i wiedzy specjalistycznej. Wszechwiedzący absolwenci Uniwersytetu Youtuba będą zachwyceni. Tylko jednak wątpię czy zaczną masowo kupować książkę. Chyba rzeczywiście tylko jako „prezent dla znajomego akademika”.

    1. Jej potencjał rynkowy jest niski, bo jest bardzo specjalistyczna (a jednak złe kapitalistyczne wydawnictwo zdecydowało się ją wydać).

      To nie jest książka antynaukowa, przeciwnie, wykorzystuje metodę naukową, by pokazać, że edukacja nie działa tak, jak się nam to przedstawia.

      Załóżmy, że ktoś wysunąłby tezę, że dzieci należy jak najszybciej uczyć czytania (np. w wieku trzech lat), gdyż rozwija to mózg i przyśpiesza rozwój, pozwalając przyswoić więcej wiedzy. Rodzice masowo zapisywaliby dzieci na takie kursy i powstałby wokół tego cały biznes. W końcu dołączyłoby się do tego państwo i wprowadziło kursy nauki czytania w przedszkolach.

      Jednak jakiś naukowiec przeprowadziłby badanie follow up porównujące dzieci uczone czytać w wieku 3 lat i dzieci idące normalnym trybem. Załóżmy, że okazałoby się, że nie istnieją żadne różnice w ich rozwoju intelektualnym, postępach w nauce, ocenach na maturze, IQ itd. Czy tego naukowca oskarżylibyśmy o to, że jest on przeciw czytaniu i chce by dzieci były głupie? Czy pochwalilibyśmy za to, że dzięki jego pracom nie będziemy marnowali cennych zasobów społecznych na niewarte tego projekty?

      Caplan mówi, że tradycyjna edukacja słabo działa. Nie mówi, że edukacja jest zła, ale pokazuje, że coś tu jest nie tak. Zbywanie go jako antynaukowego jest nieporozumieniem.

      1. „10. Rozwiązaniem problemu jest wycofanie się państwa ze wspierania edukacji wyższej, w efekcie czego mniejsza liczba osób angażować będzie się w marnotrawcze sygnalizowanie. Na poziomie edukacji średniej państwo powinno położyć dużo większy nacisk na edukację zawodową, która przygotowywać będzie część społeczeństwa do wykonywania konkretnych zawodów.”

        Przecież on nie zastanawia się jak udoskonalić procesy edukacyjne, tylko postuluje żeby edukację ograniczyć. Do zawodówek i do roboty. To jest antynaukowe i wysoce szkodliwe.

        1. Ale jak chcesz udoskonalić uczenie historii, historii sztuki, kulturoznawstwa i polonistyki? Proponuję „udoskonalenie przez zlikwidowanie”.

          Wycofanie wsparcia państwa oznaczałoby, że studenci ponosiliby pełne koszty edukacji i bardziej zależałoby im, by była ona sensowna i przydatna. A nie, tak jak teraz, że idą dla dyplomu, który ma zasygnalizować ich inteligencje i pracowitość, ale uczą się całkowicie nieprzydatnych rzeczy.

          Nie chodzi o to, by ludzie się nie uczyli, ale by nie uczyli się ci, którym edukacja służy wyłącznie sygnalizowaniu, bo to marnotrawcze.

          Btw – sensowna zawodówka jest o wiele lepsza niż „zabawa w studiowanie”.

          1. Kilka groźnych błędów:

            1. Błędnie zakładasz, że wartościowa dla społeczeństwa jest tylko ta wiedza, która jest przydatna gospodarce na krótką metę.

            2. Błędnie zakładasz, że edukacja obejmuje tylko przekazywanie wiedzy. A umiejętności, kompetencje społeczne, socjalizacja, umiejętności współpracy etc?

            3. Nie doceniasz wartości edukacji formalnej dla osób zdolnych ale z niższym kapitałem kulturowym „wyniesionym z domu”. W przypadku wielu dzieciaków z inteligenckich domów rzeczywiście część ich wykształcenia (w niektórych dziedzinach) mogłoby z powodzeniem być zastąpione przez naukę domową, ale Brajan i Dżesika nie zapewnią jej ich zdolnemu Sebkowi czy Andżeli. Trzeba wychodzić poza osobiste doświadczenie / swoją banieczkę.

            4. Błędnie zakładasz, że istnieje potencjalne znaczne zapotrzebowanie na rynku pracy na młodych niewykształconych pracowników, tylko nie może być ono zaspokojone na skutek systemu powszechnej edukacji. A jest odwrotnie: technologie, automatyzacja, rosnąca „wydajność pracy” generalnie zmniejszają zapotrzebowanie na pracę. Więc dłuższa powszechna edukacja nie tylko podnosi ogólny „poziom” społeczeństwa (dla skrajnego utylitarysty: zmniejsza przestępczość, konflikty, oszustwa rynkowe/medyczne), ale też zmniejsza zapotrzebowanie na systemy „dochodu gwarantowanego” – płacenia za nicnierobienie.

            Składowa „sygnalizowania” na pewno istnieje (np. studia MBA), ale sprowadzanie całej edukacji tylko do sygnalizowania jest trochę prostackie.

        2. Kilka groźnych błędów:
          „1. Błędnie zakładasz, że wartościowa dla społeczeństwa jest tylko ta wiedza, która jest przydatna gospodarce na krótką metę.”

          Problem z takim myśleniem polega na tym, że tworzymy nieweryfikowalne teorie, które mają uzasadniać działania państwa. Mówienie: „edukacja wiele daje, ale niestety nie możemy tego zbadać, bo to się ujawnia w długim trwaniu” to chytry wybieg, który uniemożliwia jakąkolwiek krytykę. Caplan przedstawił badania, które mówią, że edukacja niewiele daje. Można z nim polemizować, przedstawiając inne badania lub krytykując jego aparat, ale nie kupuję krytyki polegającej na wskazaniu, że istnieją jakieś nieuchwytne zalety związane z edukacją.

          „2. Błędnie zakładasz, że edukacja obejmuje tylko przekazywanie wiedzy. A umiejętności, kompetencje społeczne, socjalizacja, umiejętności współpracy etc?”

          Ja tak nie zakładam, tak zakładają ci, co tworzą edukację. Nikt nie mówi, że warto studiować prawo przez 5 lat, bo dzięki temu zdobędzie się cenne kompetencje społeczne, ale że nauczymy się prawa. Ale nie ma żadnych silnych dowodów, że studia dają jakieś unikalne kompetencje społeczne, których nie dałoby się nabyć w inny sposób (np. na stażu, w pracy).

          „3. Nie doceniasz wartości edukacji formalnej dla osób zdolnych ale z niższym kapitałem kulturowym „wyniesionym z domu”. W przypadku wielu dzieciaków z inteligenckich domów rzeczywiście część ich wykształcenia (w niektórych dziedzinach) mogłoby z powodzeniem być zastąpione przez naukę domową, ale Brajan i Dżesika nie zapewnią jej ich zdolnemu Sebkowi czy Andżeli. Trzeba wychodzić poza osobiste doświadczenie / swoją banieczkę.”

          Może nie doceniam, a może jest ona przeceniana. Trudno mi powiedzieć. Badania Caplana są raczej zbiorcze, można by podzielić studentów na jakieś podzbiory i potem to analizować. Faktem jednak pozostaje (wg Caplana), że studenci uczą się nieprzydatnych rzeczy, w nieefektywny sposób i zapominają dużą część wiedzy.

          Całą tę dyskusję trzeba przenieść na poziom badań empirycznych i skończyć z wzruszającymi opowieściami o tym, jak to edukacja „zmienia życie”. Na jednego Sebę, któremu zmieniła życie, może przypadać 99 Seb (Sebów?), na których edukację niepotrzebnie się zrzucaliśmy. Ale wiem, „jeśli choć jeden Seba pokochał naukę, to warto było…”.

          „4. Błędnie zakładasz, że istnieje potencjalne znaczne zapotrzebowanie na rynku pracy na młodych niewykształconych pracowników, tylko nie może być ono zaspokojone na skutek systemu powszechnej edukacji. A jest odwrotnie: technologie, automatyzacja, rosnąca „wydajność pracy” generalnie zmniejszają zapotrzebowanie na pracę. Więc dłuższa powszechna edukacja nie tylko podnosi ogólny „poziom” społeczeństwa (dla skrajnego utylitarysty: zmniejsza przestępczość, konflikty, oszustwa rynkowe/medyczne), ale też zmniejsza zapotrzebowanie na systemy „dochodu gwarantowanego” – płacenia za nicnierobienie.”

          To już brzmi jak heglowanie wyższego rzędu: ludzie muszą studiować, bo jak by nie studiowali, to by byli bezrobotni?

          Czy jest jakaś korelacja między poziomem automatyzacji a poziomem bezrobocia? Z tego, co wiem, to do najbogatszych (najbardziej zautomatyzowanych) krajów raczej ludzie przyjeżdżają do pracy. Ale jestem otwarty na dane. Moim skromnym zdaniem cała teoria automatyzacji powodującej bezrobocie to na razie fantazja. Póki co automatyzacja raczej zwiększa produktywność i gwarantuje wyższe zarobki (twoja praca jest cenniejsza, bo obsługując robota, więcej wytwarzasz).

          „Składowa „sygnalizowania” na pewno istnieje (np. studia MBA), ale sprowadzanie całej edukacji tylko do sygnalizowania jest trochę prostackie.”

          To już proszę polemizować z profesorem Caplanem, ja jestem tylko skromnym blogerem, który starał się zreferować jego poglądy.

          1. No więc są tysiące badań nad różnymi korzyściami z edukacji, rozwijane w ramach kilku subdyscyplin przez dziesiątki lat. Ten cały dorobek jest o jedno kliknięcie od Ciebie https://scholar.google.com/scholar?hl=pl&as_sdt=0%2C5&q=benefits+of+education&btnG=
            Ale przychodzi Caplan, mówi, że to wszystko ściema i Ty mu wierzysz bardziej. To na płaskoziemcy spoczywa ciężar dowodowy.

            Poza tym – w Stanach mają barbarzyński system, w którym ludzie muszą się zadłużać na pół życia, żeby móc studiować. To może trochę tłumaczy dlaczego powstają tam takie teorie racjonalizujące rezygnację z edukacji.

        3. No są takie badania, a opartach na danych analiza Caplana pokazuje, dlaczego studia niewiele dają w tym zakresie… Jak mówię, trzeba z nim polemizować. To nie jest tak, że Caplan nie wziął pod uwagę tego, że studia mogą dawać coś innego poza wiedzą. Po prostu jemu wyszło, że to jest myślenie życzeniowe.

          „Poza tym – w Stanach mają barbarzyński system, w którym ludzie muszą się zadłużać na pół życia, żeby móc studiować. To może trochę tłumaczy dlaczego powstają tam takie teorie racjonalizujące rezygnację z edukacji.”

          Ale wg niego nadal jest silna premia za wykształcenie i średnio opłaca się zadłużać, bo się zwraca.

  2. Komentując krótko 10 punktów, tak powiem:
    1) Argument jest tylko częściowy. Można też powiedzieć: to niech studenci nie zapominają, tylko ćwiczą.
    2) Wg badań filozofowie są najlepszymi project managerami. Może badań jest mało, ale co z tego?
    3) Możliwe, ale wiele osób w Polsce nie łączy za bardzo studiów z pracą. Na studiach, zwł. potencjalnie nieatrakcyjnych rynkowo, są osoby, które studiują pomimo pracy lub planów, a nie w związku z nimi.
    4) Jak Caplan to zbadał? Porównał z osobami niestudiującymi i naprawdę wyszło, że są bardziej uduchowione i mają większy kontakt z kulturą wyższą?
    5) Dyplom ukończenia wielu kierunków nie daje nic na rynku. Idziesz do marketu i tyle. Nikt się temu nie dziwi.
    6) Ja nie widzę tej premii. W pierwszej pracy dostałem połowę tego, co koledzy bez szkoły w zakładach naprawczych i to ileś lat wcześniej.
    7) Teoria sygnalizowania wygląda na tak skonceptualizowaną, że wszystko w ramach rekrutacji jest sygnalizowaniem, tak że nasze życie podporządkowane jest raczej dostani pracy, niż jej utrzymanie.
    8) i 9) Czyli jednostce jednak się trochę opłaca również pod kątem wiedzy, umiejętności, a więc może społeczeństwu też, bo potem ktoś taki świadczy jednak usługi na rynku? Tutaj warto też zwrócić uwagę na to, czego nie widać.
    10) Nie wiem, jak BC doszedł z A do B („w efekcie czego”), więc trudno mi się odnieść.

    1. 1) Argument jest tylko częściowy. Można też powiedzieć: to niech studenci nie zapominają, tylko ćwiczą.

      Dziwny kontrargument. Zapominają, bo (1) studia są za długie, (2) rzeczy przydatnych uczy się obok nieprzydatnych, w związku z czym studenci są przeciążeni bezsensownym materiałem. Rozwiązaniem są krótsze, bardziej skrojone na miarę studia.

      Takie, jakie by były, gdyby państwo się wycofało z tego obszaru: https://stanislawwojtowicz.pl/2020/01/prywatna-edukacja-wyzsza/

      2) Wg badań filozofowie są najlepszymi project managerami. Może badań jest mało, ale co z tego?

      Musiałbym zobaczyć te badania, bo tak trudno się odnieść. Tu rolę grać może wiele czynników.
      Jeśli chcesz jednak zasugerować, że najlepszą metodą przygotowywania ludzi do pracy project mangera jest filozofia, to jest to dla mnie wątpliwe. Strzelałbym, że ludzie, którzy idą na filozofię, skończyli ją, zdecydowali się przejść do innego zawodu i dostali pracę jako PM to bardzo specyficzny typ ludzi, którzy są dobrzy w byciu PM. A nie, że czytanie Państwa i Fenomenologii ducha na tyle ich rozwinęło, że dobrze menadżerują. Ale musiałbym zobaczyć badania.

      3) Możliwe, ale wiele osób w Polsce nie łączy za bardzo studiów z pracą. Na studiach, zwł. potencjalnie nieatrakcyjnych rynkowo, są osoby, które studiują pomimo pracy lub planów, a nie w związku z nimi.

      Nawet jeśli tak jest, to niczego to nie zmienia. W takim razie państwo sponsoruje ludziom ich hobby w najbardziej produktywnym momencie życia.

      4) Jak Caplan to zbadał? Porównał z osobami niestudiującymi i naprawdę wyszło, że są bardziej uduchowione i mają większy kontakt z kulturą wyższą?

      No właśnie nie są bardziej uduchowione, studia tego zasadniczo nie zmieniają. Ci, co „mają” słuchać Mozarta, czytać Prousta i oglądać obrazy Bacona, będą to robić niezależnie od tego, czy studiowali, czy nie. Studiuje połowa ludzi, a zainteresowanie operą i wysoko artystyczną literaturą jest minimalne. Owszem, parę osób udało się czegoś tam nauczyć, ale ogół pozostał taki, jak był (patrz disco-polo na juwenaliach).

      5) Dyplom ukończenia wielu kierunków nie daje nic na rynku. Idziesz do marketu i tyle. Nikt się temu nie dziwi.

      Caplan na podstawie amerykańskich danych twierdzi, że daje. Jak skończyłeś 5 lat studiów, to jesteś inteligentny, pracowity i umiesz się podporządkować.
      Nawet jak pójdziesz do marketu, to masz większą szansę potem awansować.

      6) Ja nie widzę tej premii. W pierwszej pracy dostałem połowę tego, co koledzy bez szkoły w zakładach naprawczych i to ileś lat wcześniej.

      Ta premia jest faktem statystycznym w USA i Twoje doświadczenia jej nie zmieniają.

      7) Teoria sygnalizowania wygląda na tak skonceptualizowaną, że wszystko w ramach rekrutacji jest sygnalizowaniem, tak że nasze życie podporządkowane jest raczej dostani pracy, niż jej utrzymanie.

      Caplan przedstawia kilka interesujących argumentów, dlaczego dostanie pracy jest ważniejsze niż jej utrzymanie, w znaczeniu. Lepiej być głupkiem z dobrym dyplomem niż mądrym bez dyplomu. Bo głupek dostanie pracę i nim się spostrzegą, że jest głupi, miną trzy lata i przejdzie, gdzie indziej z dobrym doświadczeniem. Oczywiście, nie mówimy o całkowitym głupku, to chyba jasne.

      8) i 9) Czyli jednostce jednak się trochę opłaca również pod kątem wiedzy, umiejętności, a więc może społeczeństwu też, bo potem ktoś taki świadczy jednak usługi na rynku? Tutaj warto też zwrócić uwagę na to, czego nie widać.

      No nie, koszty przekraczają zyski. Caplan wylicza, ile społeczeństwo płaci i ile zyskuje na studiowaniu.

      Właśnie Caplan mówi o tym, czego nie widać. Widzimy ludzi, którzy studiowali i dostali lepsze pracę. Nie widzimy, że jakby nikt nie studiował, to ci ludzie dostaliby również te same prace, ale proces łączenia pracowników nie trwałby 5 lat, tylko np. rok.

      10) Nie wiem, jak BC doszedł z A do B („w efekcie czego”), więc trudno mi się odnieść.

      No bo jak państwo dopłaca do studiów to zdejmuje z jednostki koszty studiów. Jeśli premia za wykształcenie wynosi x, to jednostce opłaca się studiować tylko i wyłącznie jeśli zyski utracone (w skutek niepracowania w czasie studiów) + czesne są mniejsze niż x. Jeżeli państwo płaci za ciebie czesne, to studiowanie będzie opłacało się marginalnym studentom, którym nie opłacałoby się, gdyby musieli ponieść pełne koszty studiowania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.