Infoanarchizm

Infoanarchizm to pogląd mówiący, że każdy powinien mieć prawo kopiować i udostępniać innym dowolne informacje, o ile nie zobowiązał się, by tego nie robić dobrowolną umową. Dozwolone powinno być kopiowanie i udostępnianie (za darmo lub za opłatą) książek i innych typów tekstów, filmów, nagrań muzycznych, rozwiązań technologicznych, receptur leków, projektów przedmiotów użytkowych itp. Wszelkie formy prawa chroniącego tzw. własność intelektualną – prawo patentowe, prawo autorskie i prawo dotyczące znaków towarowych – powinny zostać zlikwidowane. Infoanarchiści uzasadniają swój pogląd na dwa różne sposoby. Po pierwsze wskazują, że prawo chroniące własność intelektualną jest niemoralne, nadaje bowiem określonym podmiotom prawo do kontrolowania, co inne osoby robią ze swoją własnością (infoanarchizm moralny). Po drugie argumentują, że rozwiązania infoanarchistyczne byłyby korzystne dla rozwoju kultury i nauki (infoanarchizm ekonomiczny).

2000px-Anti-copyright
Niszcz infofaszyzm!

Czym jest własność intelektualna?
Tradycyjnie o własności intelektualnej mówi się w terminach pozytywnych. Wskazuje się, że ktoś, kto stworzył informację, jest jej właścicielem, w związku z czym powinien posiadać prawo do decydowania, w jaki sposób informacja ta będzie rozpowszechniana, jak i do czerpania zysków z tego rozpowszechniania. Idea ta ma uzasadnienie zarówno „metafizyczne” – autor informacji ma do niej prawo, gdyż jest jej twórcą, jak i uzasadnienie „ekonomiczne” – autor informacji ma prawo czerpać z niej zyski, gdyż stanowi to doskonałą zachętę ekonomiczną do tworzenia nowych informacji.

Jednak by w pełni zrozumieć, czym jest prawo dotyczące własności intelektualnej, wyrazić musimy je w terminach negatywnych. Każde prawo, które przyznajemy jakiejś osobie, oznaczać musi odebranie praw innym osobom (przykładowo, jeśli jednostka ma prawo nie być obiektem agresji, oznacza to odebranie innym osobom prawa to podejmowania agresywnych działań). Jakie prawa tracą osoby trzecie w wyniku istnienia praw chroniących własność intelektualną? Nadanie komuś prawa własności do jakiejś informacji oznacza ograniczenie praw wszystkich innych osób do zarządzania ich własnością w zakresie, w jakim własność ta mogłaby być użyta, by reprodukować i udostępniać informację objętą prawem własności intelektualnej. Ktoś, kogo państwo (lub inny podmiot egzekwujący prawo) uznaje za właściciela danej informacji, ma prawo zabronić innym osobom używania należącej do nich własności, jeśli osoby te chciałyby użyć tej własności, by kopiować i rozprowadzać objętą prawem własności informację. Przykładowo:
– jeśli A ma prawo własności intelektualnej do jakiejś książki, to B nie może używać swojej własności (np. swojego komputera, drukarki i papieru), by stworzyć i udostępniać innym kopię tej książki,
– jeśli A ma prawo własności intelektualnej do receptury jakiegoś leku (receptura ta została przez niego opatentowana), to B nie ma prawa użyć swojej własności, by wyprodukować i rozprowadzać ów lek.

Prawo własności intelektualnej powołuje więc do istnienia następujące byty prawne:
(1) Właściciela informacji – osobę, która ma prawo do dowolnego reprodukowania i udostępniania innym danej informacji. Prawo własności do informacji zdobywa zazwyczaj jej twórca, osoba, która pierwsza opatentowała dany pomysł, osoba, która nabyła to prawo od twórcy lub osoby patentującej (np. wydawca czy spadkobierca).
(2) Informację, która staje się obiektem ochrony prawnej – może ona mieć formę tekstu, dzieła sztuki (rzeźby, obrazu, utworu muzycznego, filmu) lub jego fragmentu, pomysłu czy rozwiązania technologicznego (receptura leku, projekt jakiegoś urządzenia czy nawet metoda rozwiązywania jakiegoś problemu), nazwy danego produktu lub znaku graficznego.
(3) Osoby tracące prawo do zarządzania swoją własnością w zakresie, w jakim osoby te chciałyby reprodukować (bądź stworzyć od nowa) i udostępniać tę informację.
(4) Zakres utraty praw do zarządzania swoją własnością, któremu podlegają osoby niebędące autorami informacji, a który określa, co wolno z daną informacją robić (często informację wolno reprodukować na własny użytek, np. stworzyć kopię jakiegoś nagrania, nie wolno jej bez zgody właściciela rozpowszechniać) i przez jaki czas dana informacja jest własnością danej osoby (jak długo obowiązuje patentowa ochrona danego dobra, jak długo jakiegoś dzieła sztuki czy tekstu nie wolno reprodukować i udostępniać bez zgody autora itd.).

Prawo własności intelektualnej może być bardzo zróżnicowane i w różny sposób określać, jaki typ informacji może stać się własnością intelektualną, kto jest wykluczony z reprodukowania/udostępniania tej informacji, jak długo dana informacja ma być chroniona i wreszcie, jakie kary grożą za złamanie tego prawa. Nie ma tu miejsca, by analizować wszystkie odmiany prawa własności intelektualnej, wystarczy, że pokażemy, że wszystkie one opierają się na tej samej zasadzie, która jest w ewidentny sposób niezgodna z centralną dla libertarianizmu zasadą nieagresji.

Prawo własności intelektualnej a zasada nieagresji
Osoba, która zdobyła w prawomocny sposób tytuł własności do jakiegoś dobra, ma prawo zarządzać tym dobrem w dowolny sposób, o ile nie narusza praw drugiej osoby. Prawo własności do danego dobra (do dowolnego zarządzania tym dobrem) stracić można na trzy sposoby:
(1) jeśli dobrowolnie zrzekniemy się tego prawa (np. sprzedając komuś dane dobro lub podpisując umowę, w której zobowiązujemy się użytkować to dobro w określony sposób),
(2) jeśli naruszymy prawa innej osoby i nasze dobra zostaną użyte jako forma kompensacji za dokonane naruszenie (np. jeśli uszkodzimy czyjś samochód, stracimy prawo do pewnej sumy pieniędzy, która przeznaczona zostanie na odszkodowanie),
(3) jeśli naruszymy prawa innej osoby i dobra te zostaną zniszczone przez ofiarę, która broni się przed przemocą (jeżeli zaatakujemy kogoś, a on – broniąc się – zniszczy jakiś przedmiot należący do nas).
Jeżeli nie zachodzi żadna z tych sytuacji, nikt nie ma prawa zabraniać drugiej osobie, by użytkowała swoją własność w dowolny sposób. Widać więc wyraźnie, że prawo własności intelektualnej wchodzi w kolizję z fundamentalnym prawem każdej jednostki do zarządzania jej własnością. Przyznając jednej osobie prawa własności do danej informacji, odbieramy wszystkim innym osobom prawo do dowolnego zarządzania ich prawomocnie zdobytą własnością. Osoby te nie mogą już robić tego, co tylko chcą ze swoją własnością – nie mogą używać jej, by skopiować i udostępnić chronioną prawem własności intelektualnej informację.

Wyobraźmy sobie następującą sytuację: A napisał i opublikował wiersz, w związku z czym państwo przyznało mu prawo autorskie do tego wiersza. B, używając swojego komputera i swojej drukarki, przepisał ów wiersz, wydrukował jego kopię i sprzedał ją C. Prawo własności intelektualnej pozwala A skorzystać z pomocy państwowego aparatu przemocy, by zabronić B i C dokonania takiej transakcji lub jeśli transakcja miała już miejsce, ukarać B (a czasami również C) grzywną lub więzieniem. Zapytać musimy jednak, w którym momencie B zainicjował przemoc względem A? Tylko w takim wypadku bowiem byłoby moralnie uzasadnione, by ograniczać prawa bądź karać B. Odpowiedź na to pytanie wydaje się prosta, B nie zainicjował przemocy względem A. Przepisując wiersz na własnym komputerze i wykonując – przy użyciu będących jego własnością kopiarki i papieru – jego kopię, B nie odebrał A ani oryginału wiersza, ani żadnej kopii tego wiersza, ani żadnego innego dobra, w którego posiadaniu był A. Materialna własność A nie ulegała w żaden sposób uszczerbkowi. Kopiując i udostępniając kopię, B wykorzystywał wyłącznie swoją własność i nie spowodował, że A stracił kontrolę nad jego własnością, nie zainicjował więc przemocy. Taką przemoc zainicjował natomiast A, który zwrócił się do państwa, by uniemożliwiło ono B kontrolowanie jego własności bądź nałożyło nań karę.

Choć wykonałem kopię wiersza, jego autor nie utracił pełnej kontroli nad swoją własnością. Rękopis wiersza i egzemplarz autorski tomiku nie zniknęły z jego mieszkania.
Choć wykonałem kopię wiersza, jego autor nie utracił pełnej kontroli nad swoją własnością. Rękopis wiersza i egzemplarz autorskiego tomiku nie zniknęły z jego mieszkania.

Oznacza to, że – zgodnie z libertariańską teorią moralną – każda osoba ma prawo reprodukować i udostępniać dowolną informację, jeżeli tylko podejmując to działanie, nie uniemożliwia innym osobom dowolnego korzystania z ich własności. Libertarianie dopuszczają więc kopiowanie i dowolne wykorzystywanie (w tym sprzedawanie) zarówno konkretnych tekstów, dzieł sztuki, nagrań, jak i pomysłów czy rozwiązań stworzonych przez inne osoby, bez konieczności wynagradzania ich autorów (lub osób, które nabyły prawa autorskie czy patentowe) za rzekome straty, których doznają w wyniku dobrowolnych działań innych jednostek. Przykładowo, zgodne z moralnością libertariańską jest:
– kupno książki (nagrania muzycznego itd.), skopiowanie jej i umieszczenie w internecie, tak, by każdy mógł ją ściągnąć,
– kupno książki, wykonanie kopii, wydrukowanie w dużej liczbie egzemplarzy i sprzedawanie jej, bez płacenia opłat autorowi lub wydawnictwu,
– publiczne wykonywanie lub odtwarzanie (w celach zarobkowych lub nie) cudzych utworów,
– kopiowanie wzorów produktów zaprojektowanych przez inne osoby i wykorzystanie ich do produkcji i sprzedaży własnych produktów,
– wykorzystanie technologii czy metod rozwiązywania problemów wymyślonych przez inne osoby, także do osiągania własnych korzyści majątkowych itd.

Zauważmy, że zgoda na infoanarchizm nie pociąga za sobą uznania, że całkowicie dowolne kopiowanie i udostępnianie informacji stworzonych przez inne osoby jest w każdym wypadku działaniem właściwym moralnie. Zgoda ta oznacza jedynie uznanie, że ponieważ osoba kopiująca i udostępniająca nie inicjuje względem nikogo przemocy, nie wolno nam stosować przemocy względem niej (przemoc wolno bowiem stosować tylko i wyłącznie, by bronić się przed przemocą ze strony innych). Jest istotne, by pamiętać, że można równocześnie być infoanarchistą i uznawać, że kopiowanie/udostępnianie wiąże się z moralnym obowiązkiem wynagrodzenia twórcy informacji za jego trud włożony w jej stworzenie, z zastrzeżeniem, że ten moralny obowiązek jednostki powinny przyjmować na siebie dobrowolnie, nie powinny zaś być do niego zmuszane.

Nieskończona reprodukowalność informacji
Fakt skopiowania danej informacji – jak widać było to w przykładzie z wierszem – nie sprawia, że osoba, która stworzyła tę informację, traci do niej dostęp. Nie można stracić dostępu do informacji, w której jest się posiadaniu, inaczej, jak tylko tracąc nośnik, na którym jest ona zapisana. Kopiując kupioną w sklepie płytę z nagraniem muzycznym, nie pozbawiam jego twórcy ani dostępu do tego nagrania, ani żadnej kopii, w której jest on posiadaniu. Fakt, iż możemy skopiować jakąś informację, nie odbierając jej autorowi ani dostępu do niej, ani nośnika, na którym jest ona zapisana, określa się czasem mianem nieskończonej reprodukowalności informacji. Posiadając kopię jakiejś informacji, mogę tę informację kopiować dowolną ilość razy, nie naruszając integralności innych kopii tej informacji. Nieskończona reprodukowalność informacji sprawia, że z raz stworzonej i wpuszczonej do obiegu informacji korzystać mogą bez ograniczeń wszyscy, którzy się z nią zapoznali. W przeciwieństwie do dóbr materialnych, fakt, iż jedna osoba korzysta z jakiejś informacji, nie uniemożliwia innym osobom korzystania zeń. Jeśli jedna osoba korzysta z jakiegoś dobra, żadna inna osoba na świecie nie może z niego korzystać, jeśli jednak ktoś wykorzystuje jakąś informację, nie ogranicza w żaden sposób możliwości korzystania z niej przez inne osoby. Ta niezwykła cecha informacji jest wielkim błogosławieństwem dla ludzkości – informacja jest bowiem jedynym dobrem, które można bez ograniczeń mnożyć, obdarzając nim kolejne osoby.

Libertariańskie próby obrony idei własności intelektualnej
Trzeba tu powiedzieć parę słów na temat specyficznej teorii, którą przedstawiają niektórzy teoretycy libertariańscy, a która ma na celu pokazać, że prawo dotyczące własności intelektualnej nie jest niezgodne z zasadą nieagresji. Argument ten wskazuje, że osoba, która kupuje jakąś książkę (nagranie czy dzieło sztuki), zawiera implicytną umowę z jej autorem, że nie będzie jej kopiowała i udostępniała. Konieczność respektowania własności intelektualnej czy prawa autorskiego nie jest więc narzucona z zewnątrz, ale ma charakter zawartej w sposób dobrowolny w momencie kupna umowy. Ta próba pogodzenia libertariańskiej moralności z prawem autorskim posiada jednak oczywistą wadę. Załóżmy, że B kupił od A książkę jego autorstwa i zawarł z nim umowę, że nie będzie jej kopiował i udostępniał, w efekcie czego B może być pociągnięty do odpowiedzialności, jeśli złamie skopiuje i udostępni książkę. Jeśli jednak B pożyczy książkę C, nic nie stoi na przeszkodzie, by C – który nie zawierał żadnego kontraktu z A, skopiował książkę. Jeśli B chciałby zarobić na kopiowaniu i sprzedawaniu książki A, mógłby po prostu sprzedać ją C, który nie jest związany z A żadnym kontraktem i to właśnie C zająłby się dalszym kopiowaniem i udostępnianiem książki. Można próbować ratować ten argument, wskazując, że umowa sprzedaży między A i B mogłaby zawierać nie tylko zakaz kopiowania i udostępniania, ale także zakaz pożyczania czy oddawania książki w inne ręce. Co jednak w sytuacji, gdyby ktoś np. zgubił swoją kopię (zostawił ją na ławce w parku) i kopia ta zostałaby znaleziona, skopiowana i wpuszczona w obieg, lub gdyby jego kopia dzieła zostałaby mu skradziona i następnie udostępniona innym przez (anonimowego) złodzieja? Czy ten, kto zgubił/stracił książkę, musiałby zapłacić odszkodowanie za straty, które poniósł jej autor (np. milion złotych)? Jeśli tak by było, nikt nigdy nie kupiłby żadnej książki, gdyż jej zgubienie/utraciłoby groziłoby milionowym procesem. Nikt nie kupowałby książki, którą trzymać musiałby w sejfie, by nie została skradziona i skopiowana. Choć więc istnieje teoretyczna możliwość, by chronić informację za pomocą skomplikowanych umów podpisywanych nim dostanie się ona do obiegu, wydaje się, że żadna racjonalna osoba nie zgodziłaby się na zakup kopii takiej informacji, ze względu na ryzyko związane z jej posiadaniem. Próba pogodzenia teorii libertariańskiej i teorii własności intelektualnej jest skazana na niepowodzenie. W ładzie libertariańskim własność intelektualna nie byłaby w żaden sposób chroniona (co nie znaczy, jak pokażę, że autorzy informacji nie byliby wynagradzani za jej tworzenie).

 

Zarówno Rand i Rothbard próbowali bronić idei własności intelektualnej. Rand metafizycznie, Rothbard kontraktualnie. Oboje – niezbyt sensownie.
Zarówno Rand i Rothbard próbowali bronić idei własności intelektualnej. Rand metafizycznie, Rothbard kontraktualnie. Oboje – niezbyt sensownie.

Metafora kradzieży
Istnieją zasadniczo dwa argumenty, za pomocą których uzasadnia się prawomocność prawa chroniącego własność intelektualną. Pierwszy z nich ma charakter metafizyczny czy moralny i opiera się na stwierdzeniu, że osoba, która stworzyła daną informację, jest jej prawomocnym właścicielem, zaś kopiowanie i udostępnianie tej informacji miałoby charakter kradzieży. Ponieważ twórca informacji jest – w tym ujęciu jej właścicielem, kopiując i udostępniając stworzoną przez niego informację, okradasz go z jego własności intelektualnej i z potencjalnych zysków, które zanotowałaby, gdyby posiadał wyłączne prawo na jej sprzedaż. Drugi argument ma charakter ekonomiczny (ściślej: konsekwencjalistyczny) i wskazuje, że brak prawa chroniącego własność intelektualną spowodowałby zahamowanie rozwoju kultury i nauki, gdyż twórcy informacji, nie mogąc na nich zarabiać, straciliby zachętę do ich tworzenia informacja, która dzięki istnieniu prawa własności intelektualnej jest dobrem prywatnym stałaby się dobrem publicznym, które nie byłoby produkowane w wystarczającej ilości ze względu na efekt gapowicza.

W poprzednich akapitach pokazałem, dlaczego w kopiowanie i udostępnianie informacji powinno być dozwolone: kopiując/udostępniając informację, nie pozbawiamy jej autora prawa do dobrowolnego zarządzania jego własnością – wszystkie dobra, które znajdowały się w posiadaniu autora, znajdują się pod jego całkowitą kontrolą, w nienaruszonym stanie. Na czym więc polegać miałaby kradzież, której dopuszcza się kopiująca/udostępniająca osoba? W większości wypadków wskazuje się tu, że polega ona na okradzeniu autora informacji z zysków, które zanotowałby on, gdyby posiadał monopol na handlowanie daną informacją. Problem polega na tym, że nie można okraść kogoś z czegoś, czego ten ktoś nie posiada. Jest prawdą, że gdyby autorowi informacji przyznano monopol na jej udostępnianie jej innym, mógłby zanotować większe zyski niż gdyby tego monopolu nie posiadał, w żaden sposób nie dowodzi to jednak tego, że nie przyznanie mu tego monopolu (lub nie egzekwowanie go) tożsame jest z okradaniem go. Nie można okraść kogoś z jego przyszłych zysków (zysków, które zanotowałby, gdyby wprowadzono korzystną dla niego legislację), przyszłe zyski nie są bowiem dobrem materialnym, przyszłe zyski nie istnieją. Równie dobrze można by mówić, że rzeźnik, który otwiera sklep na ulicy, na której istnieje już sklep z wędlinami, okrada z zysków rzeźnika, który był tam pierwszy, a który wobec konkurencji zmuszony jest obniżyć ceny sprzedawanych przez siebie produktów. Gdy mówimy, że osoba, która kopiuje i udostępnia jakąś informację, okrada jej autora z zysków, ma to znaczenie wyłącznie metaforyczne, dokładnie takie, jak gdy Szekspir pisał, iż „księżyc to bezczelny złodziej, który blask swój blady skradł słońcu”. Chcieć ukarać kogoś za kopiowanie dzieł czy pomysłów, jest równie uzasadnione, jak karanie księżyca za to, że świeci odbitym światłem. Nikomu nie przysługuje pozytywne prawo do zysków z informacji, którą ten ktoś stworzył, przyznanie takiego prawa oznaczałoby bowiem odebranie innym o wiele bardziej podstawowego prawa – prawa do dowolnego zarządzania swoją własnością.

Ekonomiczne uzasadnienie istnienia własności intelektualnej
Drugi argument przedstawiany na rzecz istnienia praw własności intelektualnej polega na wskazaniu, że gdyby prawo to zostało zlikwidowane, twórcy, naukowcy i wynalazcy, straciliby zachętę do pracy intelektualnej. Podstawową zachętą ekonomiczną do tworzenia dóbr jest możliwość ich sprzedania. Możliwość ta wynika z faktu niedoboru dóbr, w których posiadaniu jest producent. Jednak wobec faktu nieskończonej reprodukowalności informacji problem niedoboru zostaje rozwiązany – informacja, która raz weszła do obiegu może być kopiowana bez konieczności płacenia jej twórcy. A jeśli tak jest, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że konsumenci nie będą wynagradzać w wystarczający sposób producentów informacji – miast kupować informacje, będą je po prostu kopiować. Teoretycznie konsumenci mogą płacić producentom informacji za ich trud nawet wobec braku prawa dotyczącego własności intelektualnej, jednak taka troska o istnienie zachęt do pracy dla twórców informacji miałaby charakter dobra publicznego. Ponieważ wycofanie pojedynczej wpłaty nie spowodowałaby w tym wypadku, że dane dobro by nie powstało, byłoby natomiast znaczącą oszczędnością dla migającej się od wpłaty osoby, ekonomiczna zachęta do jechania na gapę byłaby bardzo silna. Wobec braku prawa własności intelektualnej produkcja informacji stałaby się dobrem publicznym i ze względu na efekt gapowicza, informacje nie byłyby produkowane w optymalnej ilości. Część producentów informacji, nie otrzymując wystarczającego wynagrodzenia, zrezygnowałaby z jej produkowania, czego efektem byłby kryzys kulturowy, naukowy i cywilizacyjny. Nieskończona reprodukowalność informacji przestałaby być błogosławieństwem i stałaby się w ładzie infoanarchistycznym przekleństwem. Prawo własności intelektualnej – dając producentowi informacji (zazwyczaj czasowy) monopol na jej sprzedawanie, stwarza odpowiednie zachęty ekonomiczne, by pracował on nad produkcją nowych, przydatnych społeczeństwu informacji (by tworzył literaturę, muzykę, sztukę, szukał nowych rozwiązań technologicznych, pisał podręczniki itd.). W tym ujęciu prawo własności intelektualnej stanowi istotny instrument, za pomocą którego stymulować można produkcję korzystnych dla społeczeństwa informacji. Cały problem w tym ujęciu polega na tym, w jaki sposób zaprojektować prawo własności intelektualnej, by maksymalizowało społeczne zyski.

Pozornie, argument ekonomiczny brzmi przekonywająco. Jeśli jednakże przyjrzymy mu się bliżej, okaże się, że to, co czyni go przekonywającym, to prostota, prostota, która osiągnięta została poprzez przyjęcie za oczywiste dużej liczby bardzo wątpliwych założeń.

Po pierwsze, model ten przewiduje, że w ładzie infoanarchistycznym produkcja informacji by spadła. Skąd jednam mamy mieć pewność, że właśnie tak by było? Możemy wyobrazić sobie przynajmniej trzy powody, dla których mogłoby być dokładnie odwrotnie:
(1) Fakt uwolnienia informacji spowodować mógłby radykalne przyśpieszenie rozwoju kulturowo-technologicznego. Nawet jeśli efekt gapowicza osłabiałby w jakimś stopniu zachęty do produkcji informacji, to ilość informacji tworzonych w wyniku tego przyśpieszenia mogłaby być i tak radykalnie większa niż w przypadku pozostania przy reżimie własności intelektualnej.
(2) Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie technologie społeczne wymyśliliby przedsiębiorcy chcący zarabiać na produkcji informacji mimo braku prawa własności intelektualnej – mogłoby się okazać, że technologie te byłyby zarówno tańsze, jak i bardziej skuteczne od istniejącego obecnie, egzekwowanego przez państwo prawa chroniącego własność intelektualną.
(3) Społeczeństwo mogłoby odpowiedzieć na problem osłabienia zachęt poprzez dobrowolne wspieranie obiecujących projektów kulturowo-naukowych, co byłoby tym bardziej prawdopodobne, że uwolnienie informacji dałoby społeczeństwu niezwykły impuls rozwojowy (ponieważ więcej informacji byłoby dostępnych za darmo, zwiększyłaby się świadomość tego, jak ważna jest produkcja informacji).

Skąd wiadomo, kto ma rację – ci, którzy wierzą, że ilość informacji by spadła, czy ci, którzy wierzą, że odrzucenia prawa regulującego własność intelektualną spowodowałoby kulturowo-naukowy rozwój? Jak się okazuje, nie istnieje żadna naukowa metoda, która pozwoliłaby nam ów spór rozstrzygnąć. Ekonomia nie jest w stanie przewidzieć zachowań ludzi, którzy znaleźliby się nagle w zupełnie innej formie ładu, nie jest w stanie przewidzieć odpowiedzi ze strony przedsiębiorców, nie jest w stanie przewidzieć długotrwałych efektów uwolnienia informacji. Nie możemy zamknąć ludzi w wielkim laboratorium na sto lat, by zobaczyć, jak potoczyłyby się losy świata bez własności intelektualnej i następnie powtórzyć eksperyment tysiąc razy, by wyeliminować zeń przypadkowość.

Po drugie, czy istnieje jakaś jednostka, za pomocą której można byłoby ów przyrost informacji mierzyć? Czy jednostka ta byłaby czuła nie tylko na ilość, ale i na jakość informacji (wyobraź sobie, że w ładzie infoanarchistycznym byłoby mniej kin i więcej teatrów niż obecnie – czy da się tę zmianę ocenić jako obiektywnie pozytywną lub negatywną)? Samo zadanie tych pytań, wydaje się wystarczającą nań odpowiedzią. Jak mielibyśmy ocenić, że prawo własności intelektualnej jest korzystne z punktu widzenia społeczeństwa, jeśli jednostki składające się na to społeczeństwo mają różne teorie na temat tego, co jest dla nich korzystne?

Po trzecie, nawet gdyby dałoby się dowieść, że prawo własności intelektualnej stymuluje produkcję informacji, nie byłby to wystarczający argument (przynajmniej z punktu widzenia ekonomii), by takie prawo wspierać. Jak bowiem pokazywałem w innym miejscu, nie da się udowodnić, że jakakolwiek interwencja gospodarcza państwa jest korzystna dla gospodarki. Wprowadzenie prawa ograniczającego prawa jednostek do korzystania z ich własności wiązałoby się z określoną stratą użyteczności. Jak można by dowieść, że straty te zostałyby wynagrodzone faktem zwiększenia ilości/jakości produkowanych informacji? Nie da się tego zrobić bez wprowadzenia żadnej zewnętrznej pozaekonomicznej normy, normy, która przekształci ten pozornie ekonomiczny i obiektywny argument w wyraz czyichś subiektywnych preferencji.

Gdy więc ekonomiści twierdzą, że istnieją dowody wskazujące, że prawo regulujące własność intelektualną wspomaga produkcję informacji, likwidacja tego prawa spowodowałaby zaś kulturowo-naukowy kryzys – mijają się (świadomie bądź nie) z prawdą.

Świat bez własności intelektualnej
Jak widać, zarówno moralny, jak i ekonomiczny argument na rzecz istnienia własności intelektualnej zawodzą. Spróbuję teraz pokazać, w jaki sposób wyglądałoby życie w świecie, w którym prawo własności intelektualnej by nie istniało. Najpierw powiem o natychmiastowych zyskach, które odnotowałaby duża część społeczeństwa w wyniku likwidacji tego prawa, następnie, spróbuję zastanowić się, w jaki sposób wolne społeczeństwo rozwiązać mogłoby problem zachęt ekonomicznych dla producentów informacji (naukowców, wynalazców, pisarzy, muzyków, artystów).

Wolna informacja – prawo autorskie
Likwidacja prawa autorskiego oznaczałaby, że wszystkie stworzone dotychczas teksty i dzieła sztuki stałyby się dostępne dla każdego na wyciągnięcie ręki. Praktycznie wszystkie uznawane za wartościowe książki zostałyby w krótkim czasie zdigitalizowane i wraz z nagraniami muzycznymi, filmami, nagraniami telewizyjnymi byłyby – mamy prawo przypuszczać – sukcesywnie udostępniane w Internecie. Dotyczyłoby to także tekstów naukowych i popularnonaukowych, dokumentów, źródeł historycznych, danych itd. Za pośrednictwem komputera uzyskalibyśmy darmowy i natychmiastowy dostęp do olbrzymiej części zapisanej kultury człowieka od zarania dziejów do czasów dzisiejszych. Długotrwałych zysków z takiego obrotu rzeczy nie sposób przecenić. Na żadnym innym obszarze ludzkiej działalności (ze względu na niemożność darmowego tworzenia kopii) nie jest możliwe tak proste zwiększania ilości dóbr, jak ma to miejsce w przypadku obszaru kultury. Raz stworzone dobro kulturowe można w nieskończoność kopiować i obdarowywać nim wszystkich, którzy uznają je za wartościowe. Informacja jest jedyną rzeczą, której nie dotyczy fundamentalny dla ludzkiej kondycji fakt rzadkości dóbr. Dlatego wytwarzanie w sztuczny sposób tej rzadkości wydaje się działaniem całkowicie irracjonalnym. Problem ów widać szczególnie wyraźnie w kontekście prawa patentowego. Gdy pierwsza osoba skrzesała ogień, wszystkie inne osoby mogły ją naśladować i odkrycie ognia stało się wspólnym dziedzictwem ludzkości, które wywindowało ją na nowy poziom cywilizacyjny. Co jednak stałoby się, gdyby osoba, która „wymyśliła” czy „stworzyła” ogień, zabroniła innym osobom korzystać z tego odkrycia? Darmowy, możliwy wszędzie do skrzesania ogień stałby się dobrem rzadkim. Jest coś szatańskiego w idei ograniczania możliwości kopiowania jedynego dobra, które mnożyć możemy bez żadnych ograniczeń.

Likwidacja prawa chroniącego własność intelektualną dałaby więc wszystkim ludziom (za cenę połączenia z Internetem) dostęp do praktycznie całej stworzonej dotąd przez ludzkość wiedzy i kultury.

Jak artyści mogliby zarabiać wobec braku praw autorskich?
Wizja świata bez praw autorskich przedstawiana przez zwolenników własności intelektualnej jest iście katastroficzna. Ponieważ każdy mógłby w sposób nieograniczony kopiować książki czy nagrania, które znalazły się w obiegu, wydawcy z dnia na dzień straciliby niemal całe przychody. Dzień po wprowadzeniu danego tytułu na rynek jego elektroniczna wersja pojawiałaby się w Internecie i każdy mógłby ją pobrać za darmo, nie płacąc ani grosza wydawcy. Załamanie rynku wydawniczego oznaczałoby utratę możliwości zarabiania przez autorów, którzy żyją dzięki zaliczkom, honorariom i procentom od sprzedanych egzemplarzy płaconym im przez wydawnictwa. Nikt nie przejmowałaby się faktem, że autorzy stracili źródło utrzymania. Choć ludzie szybko spostrzegliby się, że taki stan rzeczy zagraża produkcji kulturowej, liczyliby, że to inni finansować będą tę produkcję, oni zaś będą mogli jechać na gapę na ich wpłatach, czego efektem byłoby niedoinwestowanie obszaru produkcji kulturowej. Pisarstwo stałoby się zawodem, który nie gwarantuje nawet minimalnych zysków, książki pisałoby się hobbystycznie, a wielu wybitnych twórców marnowałoby swój talent wykonując inne zawody i próbując pracy literackiej w wolnym czasie. Podobne zjawiska miałyby miejsce na innych obszarach sztuki – szczególnie w tych, które docierają do odbiorców w formie kopii, a więc przede wszystkim muzyki i filmów. Studia nagrań, nie notując zysków ze sprzedanych płyt, nie mogłyby inwestować w młodych, zdolnych muzyków, przemysł filmowy nie mógłby liczyć na zyski z wydań na nośnikach czy z płatnego udostępniania filmów w Internecie, co oznaczałoby zmniejszenie wpływów, a w konsekwencji obniżenie budżetów i pogorszenie jakości produkcji filmowej.

Infoanarchizm oznaczałby, że twórcy większy nacisk kładliby na koncertowanie, mniejszy zaś na sprzedaż nagrań. A więc: więcej jazzu, mniej popu

Wydaje się jednak, że obraz ten odmalowany jest w zbyt ciemnych barwach. W istocie twórcy artyści dysponowaliby szeregiem strategii, za pomocą których mogliby się utrzymać ze swojej sztuki. Na wstępie zauważmy, że problemy związane z brakiem istnienia praw autorskich dotknęłyby różne formy sztuki w różnym stopniu. Przykładowo, to co byłoby problemem dla twórców filmu czy literatury (form sztuki, które udostępniane są publiczności głównie w formie kopii), nie byłoby problemem dla twórców teatralnych, operowych, rzeźbiarzy, architektów i innych artystów, których dzieł nie da się w żaden prosty sposób skopiować. Oznaczałoby to, że część zysków, które teraz notują np. twórcy kina, zostałaby przejęta przez twórców teatralnych (zmiana, którą wielu obserwatorów współczesnej kultury przyjęłaby z radością). Tego typu przejście od łatwo reprodukowalnych form sztuki do tych jej form, które nie podlegają łatwemu kopiowaniu, miałoby miejsce także wewnątrz konkretnych gałęzi sztuki. Przykładowo, muzycy utrzymują się zarówno ze sprzedaży nagrań, jak i z wykonywania muzyki na żywo. Jeśli w wyniku likwidacji prawa własności intelektualnej sprzedaż nagrań jakiegoś artysty by spadła, mógłby on zacząć położyć nacisk na działalność koncertową.

Fakt, że osoby trzecie mogłyby bez przeszkód reprodukować dane dzieła, nie oznacza, że twórcy nie mogliby sprzedawać oryginalnych, autorskich kopii swych dzieł. Na rynku obok tanich nieoficjalnych kopii funkcjonowałyby równolegle droższe kopie autorskie, na których widniałaby adnotacja, że z każdej sprzedanej kopii autor dzieła otrzyma określoną sumę pieniędzy. Jeżeli ludziom zależałoby, by ich ulubiony autor miał odpowiednie środki do pracy twórczej, decydowaliby się oni go wesprzeć w ten sposób. Możemy zakładać, że liczba takich osób – które wspierałyby twórców mimo że nie byłoby to wymuszane prawem – byłaby całkiem spora.

Twórcy mogliby utrzymywać się nie tylko poprzez sprzedaż oryginalnych kopii, ale udostępniając swoje dzieło publiczności, dopiero gdy ta złoży się wspólnie na płacone z góry honorarium dla autora. Taką formę finansowania określa się mianem finansowania zbiorowego (crowdfunding). Osoby zainteresowane publikacją danego dzieła płaciłyby pisarzowi za udostępnienie go szerokiej publiczności. Pisarz ogłaszałby, że wyda swą powieść, jeśli na jego konto wpłynie np. 50000 złotych. W momencie gdy taka kwota znalazłaby się na jego koncie, umieszczałby tekst w Internecie, tak że każdy zainteresowany mógłby go przeczytać (dodatkowo, by zachęcić do hojniejszych wpłat, mógłby ogłosić, że osoby, które wpłacą powyżej określonej sumy otrzymają egzemplarz danego dzieła z podpisem autora). Oczywiście finansowanie zbiorowe dotyczyłoby przede wszystkim twórców o uznanej renomie, po których odbiorcy spodziewają się twórczości wysokiej jakości, ale mogłoby również obejmować debiutantów, którzy zachęciliby do wpłat interesującymi projektami.

Pisarze i inni artyści mogliby również utrzymywać się z datków fundacji wspierających kulturę. Zamożne społeczeństwo posiadałoby wystarczająco dużo pieniędzy, by poświęcić część z nich na wspieranie takich fundacji (biedne zaś nie powinno być okradane, by artyści mogli tworzyć swe dzieła). Dbałyby one o to, by wspierani przez nie pisarze tworzyli dzieła zgodne z oczekiwaniami publiczności te fundacje sponsorującej (a więc, by były to np. dzieła stawiające czytelnikom wysokie wymagania itp.). Możemy założyć, że fundacje takie mogłyby liczyć na silne wsparcie ze strony społeczeństwa. Jeżeli wiele osób uznaje prawo autorskie za coś korzystnego, nie powinni oni mieć problemu ze wspieraniem twórców w sytuacji, gdy tego prawa nie będzie. Byłoby nielogiczne argumentować, że ci sami ludzie, którzy popierają prawo autorskie jako metodę wspierania artystów, gdy prawo to zostanie zlikwidowane, nie będą ich wspierać, finansując działania fundacji. W wolnym społeczeństwie na tych, którzy korzystają z kultury, ale migają się od jej finansowania, wywierana byłaby presja społeczna, by skłonić ich do partycypacji w części kosztów wytwarzania informacji. Presja to mogłaby przyjąć z jednej strony formę pozytywnego snobizmu, który polegałaby na wspieraniu twórców, którym trudno się utrzymać, z drugiej zaś strony na ostracyzmie, którym objęte mogłyby być zamożne jednostki korzystające z kultury i wymigujące się od jej wspierania.

Darmowa sztuka miast pogorszyć, mogłaby polepszyć sytuację artystów – łatwy dostęp do kultury zwiększyłby zainteresowanie społeczeństwa sztuką. Ogólny wzrost wykształcenia i kultury, spowodowałby wzrost roli, jaką kultura pełni w życiu społecznym i zwiększyłby chęć jej sponsorowania. Co więcej, ponieważ w wolnym społeczeństwie jednostki nie byłyby obrabowywane przez państwo, miałyby więcej pieniędzy, by wspierać twórców kultury, przez co pokusa migania się od płacenia radykalnie by spadła (im mniejsza jest wysokość wpłaty, tym słabiej działa efekt gapowicza).

Na wolnym rynku wytworzyłyby się nowe technologie, które pomagałyby utrzymać się twórcom. Przykładowo, finansowanie zbiorowe czy przesunięcie ciężkości z zarabiania na płytach na zarabianie na koncertach były odpowiedziami rynku muzycznego na problem, który związany z coraz większą dostępnością nieoryginalnych kopii utworów muzycznych. Możemy wierzyć, że wobec likwidacji prawa autorskiego, powstaną nowe metody, które pozwolą twórcom przetrwać mimo braku monopolu na udostępniania kopii ich dzieł. Im poważniejszy wydaje nam się problem funkcjonowania sztuki w wolnym społeczeństwie, tym większa motywacja przedsiębiorców, by stworzyć metody, za pomocą których można by na sztuce zarabiać. Jak wskazuje Kenneth Goldin, fakt, że nie potrafimy rozwiązać problemu efektu gapowicza w kontekście jakiegoś dobra publicznego (nie umiemy wykluczyć tych, którzy za nie płacą), jest takim samym problemem jak to, że nie potrafimy wyprodukować jakiegoś rodzaju dóbr prywatnych (lepszych samochodów, szybszych komputerów itd.), które wyprodukować będziemy umieli za jakiś czas. Jeśli państwo zdejmuje z prywatnych producentów obowiązek wymyślania metod, za pomocą których można wykluczyć osoby niepłacące za dane dobro, takie metody nie powstaną, zaś ich – wytworzony w sztuczny sposób przez aktywność państwa – brak traktowany będzie jako kolejny dowód na tej aktywności konieczność. Jeśli jednak państwo zrezygnowałoby z naprawiania zawodności rynku, dążący do zysku przedsiębiorcy musieliby stworzyć produkty czy technologie, które pozwoliłyby im wykluczyć niepłacących i zarobić na produkcji informacji.

I wreszcie, fakt likwidacji prawa autorskiego na jakimś obszarze, nie oznaczałby, że prawo to zostałoby zlikwidowane na całym świecie. A to oznacza, że mieszkańcy tego obszaru mogliby – jeżeli teza mówiąca, że istnienie prawa autorskiego stymuluje produkcję sztuki byłaby prawdziwa – jechać na gapę, korzystając z prawa autorskiego, które istnieje w innych państwach. Załóżmy, że w wyniku likwidacji prawa autorskiego polski przemysł filmowy popadłby w tarapaty. Czy to oznaczałoby, że Polacy straciliby możliwość oglądania filmów? W żadnej mierze i tak bowiem olbrzymia część oglądanych przez nich filmów powstaje poza granicami naszego kraju. Zauważmy, że ewentualne straty z likwidacji prawa autorskiego w Polsce, zostałyby wynagrodzone wielokrotnie większymi zyskami związanymi z możliwością darmowego kopiowania/udostępniania dzieł powstałych poza Polską. A ponieważ w naszym kraju powstaje jedynie mały (zaniedbywalnie mały) procent wszystkich dzieł, które powstają na świecie, zyski z pewnością byłyby większe od strat.

Świat bez patentów
Powiedzmy teraz parę słów o tym, w jaki sposób likwidacja patentów wpłynęłoby na sytuację gospodarczą. Po pierwsze, zniesienie prawa patentowego zaowocowałoby natychmiastowym przyspieszeniem gospodarczym, co związane byłoby z faktem, że wielka liczba technologii stałaby się dostępna dla przedsiębiorców, którzy wykorzystywaliby je do tworzenia nowych, lepszych/tańszych produktów. Po drugie, uwolnienie patentów posiadałoby bardziej długotrwały efekt, gdyż uwolnione technologie, stając się dostępne dla wynalazców, umożliwiłyby tworzenie nowych wynalazków. Po trzecie, likwidacja prawa patentowego spowodowałaby obniżenie cen wielu obecnych na rynku produktów, których producenci aktualnie chronieni są przed konkurencją dzięki istnieniu patentów. Po czwarte, zasoby, które przeznaczane są teraz na obsługę prawa patentowego, zostałyby uwolnione i mogłyby zostać wykorzystane przez firmy do tworzenia technologicznych innowacji. Koszty istnienia prawa patentowego są olbrzymie: obejmują one koszty po stronie państwa (tworzenie prawa patentowego, ściąganie podatków na jego utrzymanie, koszty administracyjne, koszty orzekania w sprawach patentowych itd.), jak i po stronie przedsiębiorców (koszty zdobycia wiedzy o aktualnej sytuacji patentowej, koszty zdobywania patentów, koszty sporów patentowych z innymi firmami i wreszcie koszty związane z faktem, że patenty wykorzystywane są często nie po to, by produkować dobra, ale by uniemożliwić ich produkcję przez innych). Miast przeznaczyć pieniądze na badania, firmy przeznaczają wielkie sumy na armie prawników, którzy zajmują się obsługą prawa patentowego. Po piąte, zauważyć trzeba, że socjalistyczny lament nad rządami korporacji i tendencją do monopolizacji, która rzekomo cechuje wolny rynek, wydaje się niezrozumiały, gdy zdamy sobie sprawę, że jednym z głównych powodów istnienia wielkich korporacji są państwowe regulacje, wśród których prawo patentowe pełni istotną rolę: (a) zdobywanie patentów wymaga dużych nakładów kapitałowych, na które małe firmy nie mogą sobie pozwolić, co już na wstępie faworyzuje wielkie korporacje, (b) w momencie gdy korporacje zdobędą już patenty, ich przewaga nad innymi firmami na rynku zostaje jeszcze bardziej wzmocniona, (c) korporacje te bardzo często są beneficjentami różnego rodzaju form współpracy z państwem, np. zamówień publicznych, które jeszcze silniej wzmacniają ich pozycję.

Jak finansować pracę nad wynalazkami wobec braku prawa patentowego?
Niemniej jednak, zapytać trzeba, czy likwidacja prawa patentowego nie spowodowałaby, że przedsiębiorcy straciliby ekonomiczne zachęty do pracy nad wynalazkami? Ponieważ prace nad innowacjami wiążą się z istotnymi kosztami, zaś w ładzie wolnościowym producenci mogliby bez żadnych przeszkód kopiować wynalazki stworzone przez innych, istniałaby silna zachęta, by jechać na gapę na inwestycjach w technologię dokonywanych przez inne firmy. Istnienie prawa patentowego uzasadnia się więc zazwyczaj koniecznością zapewnienia czasowego monopolu podmiotowi, który stworzył dany wynalazek technologiczny, by zawyżone zyski związane z brakiem konkurencji wynagrodziły straty związane z inwestycjami na danym obszarze.

Wydaje się, że nie powinniśmy obawiać się, że likwidacja prawa patentowego spowodowałaby radykalny spadek liczby wynalazków. Po pierwsze, nawet wobec nieistnienia patentów, firma, która wprowadziłaby dany produkt na rynek pierwsza, mogłaby zdobyć przewagę nad konkurencją. Nim konkurencja zdąży określić, czy dana inwestycja jest opłacalna, zakupić technologię, wyprodukować, przetestować i rozreklamować produkt, firma, która zainwestowała w stworzenie wynalazku, przejmie dużą część rynku (efekt ten będzie wzmocniony faktem pewnej inercji zachowań konsumentów). Co więcej, ponieważ raz wymyślona technologia może być udoskonalana (rzadko kiedy wynalazek jest ostatnim słowem w danej dziedzinie), istnieje duże prawdopodobieństwo, że szybko po stworzeniu pierwotnego wynalazku, pojawią się udoskonalenia, to zaś stawia innowatora w jeszcze lepszym położeniu względem firmy kopiującej – proces wyprzedzania konkurencji będzie miało bowiem trwały charakter, a firma innowator będzie zawsze o krok przed innymi.

Po drugie, działający w określonej branży producenci, którzy uznają, że zysk z bycia pierwszym nie jest wystarczająco wysoki, mogą wspólnie finansować badania, które doprowadzą do stworzenia innowacji w danej dziedzinie przemysłu. Producenci nie konkurują bowiem jedynie z innymi producentami tego samego dobra, ale także z producentami innych dóbr. Lepsza metoda hodowania pszenicy daje przewagę nie tylko względem innych producentów pszenicy, ale także względem producentów ryżu czy ziemniaków. Twórca wydajniejszego silnika elektrycznego konkuruje nie tylko z innymi sprzedawcami aut elektrycznych, ale także z producentami aut na benzynę. Producent filmowy konkuruje nie tylko innymi producentami filmów, ale także ze sprzedawcami książek, lodów, ubrań, wycieczek zagranicznych itd. Nie ma powodu, dla którego liderzy danego rynku nie mogliby połączyć swoich sił, by stworzyć technologie, dzięki którym odbiorą klientów nie sobie, ale producentów z innych obszarów.

Po trzecie, gdyby ilość wynalazków była w przekonaniu społeczeństwa zbyt mała, mogłoby ono finansować fundacje naukowe, które przyznawałyby nagrody wynalazcom. Fundacje finansowałyby najbardziej obiecujące technologicznie obszary badań, a ich wyniki mogłyby być użyte przez wszystkich producentów danych dóbr – w ten sposób zysk z innowacji przechodziłby bezpośrednio do konsumentów, a nie zostawałby w rękach wielkich firm (które nie miałyby monopolu na produkcję tych dóbr). Fundacje takie konkurowałyby ze sobą publikując raporty dotyczące ich działań, w których wymienione byłyby innowacje, które zostały stworzone dzięki ich działaniom. Zarówno technologia crowdfundingu, jak i presja społeczna mogłyby znacząco ograniczyć działanie efektu gapowicza w kontekście utrzymania takich fundacji.

Po czwarte, część innowacji technologicznych powstaje nie w wyniku zaplanowanych badań nad innowacjami, ale jako odpowiedź na pojawiające się na bieżąco problemy produkcyjne. W istocie wiele ważnych odkryć technologicznych, które zmieniły istotę różnych gałęzi przemysłu, opierało się na próbach udoskonalenia procesu produkcyjnego.

Po piąte, nic nie stoi na przeszkodzie, by producenci działający na jakimś obszarze nie związali się wzajemną umową, że w przypadku, gdy jeden z nich stworzy jakiś wynalazek, inni wstrzymają się z jego wdrażaniem przez rok, trzy lub pięć lat. Ostatecznie bowiem, jeśli prawo patentowe jest tak istotne, mogłoby ono wytworzone na wolnym rynku w formie wzajemnej umowy producentów.

Po szóste wreszcie, podobnie jak w przypadku nauki, nie istnieje żaden powód, dla którego obszary, na których panowałby ład infoanarchistyczny, nie miałyby korzystać z faktu, że na innych obszarach panować będzie system opary na prawie patentowym. Ponieważ likwidacja prawa patentowego na jakimś obszarze nie oznaczałaby jego likwidacji na całym świecie – jeśli teza mówiąca, że prawo patentowe rzeczywiście powoduje wzrost liczby wynalazków byłaby prawdziwa – obszary, na których takie prawo zostałoby zlikwidowane, mogłyby korzystać z wynalazków tworzonych na innych obszarach. A ponieważ praktycznie wszystkie odkrycia technologiczne tworzone są poza naszym krajem, moglibyśmy na tym jedynie skorzystać. (Argument ten jest niezwykle przekonywający, ale nie pojawia się często, gdyż główna dyskusja na ten temat toczy się w USA, które są jednym z najważniejszych producentów innowacji na świecie – jednak obszary, które produkują o wiele mniej patentów zyskałyby jedynie na odrzuceniu prawa patentowego.)

Znaki towarowe i problem podróbek
Ostatnim problemem związanym z kwestią własności intelektualnej jest problem marki czy znaku handlowego. Skoro, każdy ma prawo dowolnie zarządzać swoją własnością, to czy ma również prawo uszyć buty, nakleić na nich logotyp jakiejś firmy i sprzedawać je innym osobom? Przecież zarówno buty, jak i logotyp wyprodukował on ze swoich dóbr, nie widać tu żadnych znamion inicjacji przemocy. To zaś mogłoby oznaczać, że producenci podróbek zalaliby rynek tanimi imitacjami, efektem czego byłaby utrata reputacji producentów dóbr wysokiej jakości i ich bankructwo. Za każdym razem, gdy na rynku pojawiałby się wysokojakościowy produkt, pojawiałyby się również jego podróbki. Podróbki te przyciągałyby, którzy za wady pojawiające się w imitacjach winiliby oryginalnego producenta, który ponosiłby koszty utraty reputacji. W dłuższym trwaniu doprowadziłoby to do obniżenia jakości wszystkich towarów na rynku i eliminacji towarów wysokojakościowych.

Taki bieg rzeczy jest jednak całkowicie nieprawdopodobny. Ktoś, kto sprzedaje podrobione dobra, choć nie inicjuje przemocy względem ich producenta, inicjuje ją względem konsumenta. Przykładowo, sprzedając buty marki z takim logotypem Adidas, sprzedawca zawiera implicytną umowę na dostarczenie towaru zgodnego z opisem, zaś logotyp sugeruje, że buty wytworzone zostały przez tę właśnie firmę. Choć firma Adidas nie ma powodu, by pozwać producenta podróbek, zrobić może to każdy klient, który zakupił podrobione buty i nie został poinformowany, że jest to podróbka. Tym samym producenci podróbek staliby się łatwym łupem pojedynczych ludzi lub firm, które kupowałyby podrobione towary i następnie pozywały producenta za oszustwo. Producent podróbek musiałby zwrócić pieniądze wraz z odszkodowaniem, co doprowadziłoby go do szybkiego bankructwa. Gdyby sami klienci nie chcieli w ten sposób ukarać producenta podróbek, zrobić mógłby to oryginalny producent lub wynajęta przez niego firma, która zakupiłaby towar i następnie zażądała wypłaty odszkodowania. Tym samym sprzedaż podróbek byłaby praktycznie niemożliwa. Producenci podróbek mogliby próbować obejść ten problem, informując klienta, że sprzedawany przez nich produkt nie jest oryginalnym produktem, ale podróbką.

Jeśli nie widać różnicy, to po co przepłacać? A jeśli widać, to nie ma problemu.
Jeśli nie widać różnicy, to po co przepłacać? A jeśli widać, to nie ma problemu.

Pojawiają się tu dwie możliwości – albo podróbka jest rzeczywiście produktem dużo niższej jakości, albo nie różni się ona od oryginału jakością, a jedynie ceną. W pierwszym wypadku producent oryginalnego dobra nie musi obawiać się konkurencji ze strony podróbek o nawet znacząco niższej cenie, w drugim przypadku klienci przerzucą się na podróbkę, która w istocie nie jest podróbką, gdyż charakteryzuje się dokładnie tymi samymi właściwościami co oryginalny produkt, a to oznacza, że konsument znalazł się w dużo lepszej sytuacji niż wcześniej (otrzymuje bowiem takie same dobro w niższej cenie). Czy to oznaczałoby, że producenci ubrań przestaliby wymyślać nowe wzory, w obawie przed tym, że ich wzory zostaną natychmiast powielone? Z pewnością nie, gdyż ten, kto wymyśliłby nowy wzór i wprowadził go na rynek, szybko sprzedałby duże ilości produktów i w momencie, gdy pozostali skopiowali (wszyscy razem?) jego pomysł – wprowadzałby nowy wzór. Wydaje się, że w przypadku ubrań sytuacja wyglądałaby więc zgoła odwrotnie – możliwość kopiowania wzorów powodowałaby, że trzeba byłoby ich tworzyć coraz więcej (doprowadziłaby to obniżenia cen dóbr, nie powodując równocześnie spadku ich jakości). Nie ma powodu przeczyć, że możliwość kopiowania zmieniłaby różne rynki (zapewne w różny sposób), trudno jednakże dowieść, że zmiany te odbiłyby się niekorzystnie na sytuacji przeciętnego konsumenta. Przeciwnie, uprawomocnienie kopiowania rozwiązań wymyślonych przez innych powinno nas raczej nastrajać optymistycznie – kopiowanie bowiem wyrównywałoby szanse różnych graczy na rynku i zmuszałoby ich do tworzenia coraz to nowych produktów.

Podsumowanie
1. Prawo dotyczące własności intelektualnej łamie fundamentalne prawo każdej jednostki do dowolnego zarządzania jej prawomocnie zdobytą własnością. Przyznanie komuś tytułu własności do jakiejś informacji oznacza, że inne osoby tracą prawo do dowolnego zarządzania ich własnością w zakresie, w jakim chciałyby kopiować i udostępniać tę informację. Prawo dotyczące własności intelektualnej ma więc charakter inicjacji przemocy względem niewinnych jednostek i dlatego powinno zostać zlikwidowane.
2. Każda osoba ma prawo kopiować i udostępniać jakąkolwiek informację, jeśli w posiadanie nośnika tej informacji weszła ona w prawomocny sposób.
3. Fakt, iż libertarianie uznają, że każda osoba ma prawo kopiować i udostępniać dowolną informację bez wynagradzania jej twórcy za trud włożony w jej stworzenie, nie oznacza, że działanie takie musi być uznawane za moralne w kontekście moralności prywatnej wyznawanej przez konkretnych libertarian. Można więc – i wielu libertarian zajmuje takie stanowisko – sprzeciwiać się istnieniu prawa własności intelektualnej, równocześnie nakładając na siebie (i promując tę formę moralności prywatnej) obowiązek moralny wynagradzania producentów informacji.
4. Ekonomiczne argumenty przedstawiane na rzecz istnienia własności intelektualnej są nieprzekonywające – nie istnieją (i istnieć nie mogą) żadne dowody wskazujące, że istnienie tego typu praw jest korzystne dla społeczeństwa.
5. Likwidacja prawa własności intelektualnej posiadałaby pozytywne (w subiektywnym przekonaniu wielu jednostek) konsekwencje związane z faktem uwolnienia ogromnej ilości informacji, które mogłyby być wykorzystywane darmowo przez jednostki. Cały dorobek kulturowy i technologiczny ludzkości stałby się dostępny na wyciągnięcie ręki. Efektem takiej zmiany mogłoby być niezwykłe przyśpieszenie kulturowo-technologiczne.
6. Likwidacja prawa własności intelektualnej mogłaby wiązać się z pojawieniem się z określonych problemów dotyczących możliwości zarobkowania przez osoby produkujące informacje, wynikających z faktu, że dbałość o istnienie zachęt do produkcji informacji miałaby charakter dobra publicznego. Istnieje jednakże wiele metod, za pomocą których wolne społeczeństwo mogłoby poradzić sobie z tym problemem. Wśród najważniejszych wymienić można: (a) stworzenie przez producentów nowych technologii, które pozwalałyby zarabiać twórcom informacji, (b) pojawienie się fundacji wspierających produkcję informacji, (c) finansowanie zbiorowe (crowdfunding), (d) społeczna świadomość wagi produkcji informacji dla pomyślności społecznej (rola ideologii w przełamywaniu efektu gapowicza, ostracyzm, pozytywny snobizm), (e) przesuwanie się artystów na te obszary produkcji kulturowej, które wolne będą od efektu gapowicza (np. z obszaru kina do teatru, z obszaru muzyki sprzedawanej w formie kopii do muzyki granej na żywo), (f) współpraca między producentami – dobrowolne tworzenie prawa patentowego w danej branży lub wspólne finansowanie badań, (g) możliwość wykorzystywania faktu, że prawo dotyczące własności intelektualnej istniałoby w innych krajach – społeczność żyjąca w ładzie infoanarchistycznym mogłaby więc, jadąc na gapę, dowolnie korzystać z wynalazków i dzieł stworzonych na innych obszarach.

Niezwykłą cechą informacji jest to, że raz stworzona, wykorzystywana może być przez nieograniczoną liczbę osób. To że ja stosuję jakieś rozwiązanie technologiczne bądź cieszę się jakimś dziełem sztuki, nie sprawia, że ty tracisz możliwość korzystania zeń. Raz stworzonej informacji starczy, by wykarmić całą ludzkość. Prawo własności intelektualnej prowadzi do ograniczenia tej niezwykłej cechy informacji. Dąży do ograniczenia możliwości kopiowania jedynego dobra, które możemy w nieskończoność kopiować. Jest próbą kontrolowania tego, kto ma prawo leczyć antybiotykami, wznieść się w powietrze, podziwiać metafory i melodie, korzystać z koła, krzesać ogień.

15 Comments:

  1. Pozwolę sobie odpowiedzieć na kilka pytań postawionych przez autora jak i ustosunkować się to paru stwierdzeń. Nie znaczy to, że twierdzę, że nie ma racji – raczej, że trzeba rozważyć też inne punkty widzenia.

    „Co jednak w sytuacji, gdyby ktoś np. zgubił swoją kopię (zostawił ją na ławce w parku) i kopia ta zostałaby znaleziona, skopiowana i wpuszczona w obieg?”

    Jeżeli w książce jest zapis, że posiadacz zobowiązuje się do niekopiowania (nierozpowszechniania) jest zawartości dalej, to nikt nie zmusza C, który zalazł książkę, żeby wchodził w jej posiadanie. Może ją zostawić tam, gdzie ją znalazł.

    ———————————————————————

    Metafora kradzieży

    „Równie dobrze można by mówić, że rzeźnik, który otwiera sklep na ulicy, na której istnieje już sklep z wędlinami, okrada z zysków rzeźnika, który był tam pierwszy, a który wobec konkurencji zmuszony jest obniżyć ceny sprzedawanych przez siebie produktów.”

    Moim zdaniem porównanie nie do końca trafne. Bardziej pasowałoby: nikt wcześniej nie znał wędlin, ktoś to wynalazł, zaczął sprzedawać i zarabiać na tym. Przychodzi druga osoba i biorąc recepturę pierwszej też zaczyna produkować wędliny, sprzedawać je i zarabiać.

    Są jednak aspekty (zarówno pozytywne jak i negatywne z punktu widzenia każdej ze stron):
    – Powiedzmy, że receptura wytwarzania wędlin jest tajna. Jej twórca czerpie z niej zyski i ma prawo nie udostępniać ją innym podmiotom. Jest jednak nieuczciwy i w celu obniżenia kosztów dodaje szkodliwe dodatki smakowe zamiast naturalnych składników. Udostępnienie więc takiej receptury oznaczałoby korzyści dla osób, które jedzą te wędliny. Przykład ten jednak kompletnie nie pasuje do utworów literackich, czy muzycznych – po co ktoś miałby tworzyć książkę, której zawartość byłaby tajna? Albo utwór muzyczny, którego nikt by nie słuchał? W odniesieniu do muzyki to może by jeszcze dało się porównać do udostępnienia „przepisu” na skomponowanie takiego utworu, ale literatura?
    – Psucie rynku: powiedzmy, że osobie, która wynalazła produkcję wędlin, zależy na jakości. Używa tylko naturalnych składników, przestrzega procesu wytwarzania, itp. Inne osoby modyfikują tą recepturę i zaczynają używać sztucznych zastępników. Cena spada, ale i jakość też. Większość społeczeństwa (choć być może patrzę przez pryzmat sytuacji w Polsce i wszechobecnych reklam „niskie ceny”) wybierze ten tańszy produkt, co w dłuższej perspektywie może nie być dla nich korzystne. Doprowadzić to może jednak twórcę (tego wysokojakościowego) do całkowitej utraty klientów, lub przejścia na „niezdrowy” sposób wytwarzania. Psucie rynku jest obecnie widoczne w branży fotograficznej. Aparat trafił pod strzechy i jakiekolwiek urządzenie do robienia zdjęć ma już prawie każdy. Wiele osób nie korzysta już z usług profesjonalnych fotografów, biorąc np. na śluby byle kogo, byle taniej. I tą tandetę akceptują. Co więcej – ta tandeta staje się akceptowalnym standardem i nie potrafią odróżnić wysokiej jakości od słabej. Tutaj można by pociągnąć temat dalej – o celowym postarzaniu produktów i konsumpcjoniźmie, ale nie to jest przedmiotem dyskusji.

    ————————————————————————

    „Co jednak stałoby się, gdyby osoba, która „wymyśliła” czy „stworzyła” ogień, zabroniła innym osobom korzystać z tego odkrycia? Darmowy, możliwy wszędzie do skrzesania ogień stałby się dobrem rzadkim.”

    Mogłaby sprzedać technologię i prawa do korzystania z niej za np. 10 kg ryb. Czyli żeby dostać ogień trzeba by się trochę wysilić – niekoniecznie wymyślając jakąś nową technologię, ale nie brać za darmo. Dzięki temu osoba, która ogień wynalazła miałaby zapewnione jedzenie, a czas, który musiałaby poświęcić na zdobycie jedzenia mogłaby wykorzystać na opracowanie nowych technologii.

    ————————————————————————

    „Przykładowo, muzycy utrzymują się zarówno ze sprzedaży nagrań, jak i z wykonywania muzyki na żywo. Jeśli w wyniku likwidacji prawa własności intelektualnej sprzedaż nagrań jakiegoś artysty by spadła, mógłby on zacząć położyć nacisk na działalność koncertową.”

    Pod warunkiem, że publiczność byłaby w stanie zapłacić dużo więcej za dany koncert. Taki występ to jednak spore obciążenie fizyczne jak twierdzą twórcy, poza tym – głos, siła fizyczna, pogarszają się z czasem i może to oznaczać niemożność zarobienia pieniędzy z koncertu. A więc:
    – zysk ze sprzedaży płyt oznacza w miarę pewny i stały dopływ gotówki, a koncert jest względnie jednorazowym wydarzeniem;
    – zysk ze sprzedaży płyt w przyszłości byłby czymś w rodzaju emerytury.

    ————————————————————————-
    „Możemy zakładać, że liczba takich osób – które wspierałyby twórców mimo że nie byłoby to wymuszane prawem – byłaby całkiem spora.”

    Zależy to niestety od stopnia rozwoju cywilizacyjnego społeczeństwa. Ale czy to by wystarczyło? Fakt – część osób byłaby skłonna dawać. Wystarczy zobaczyć ile udaje się zebrać WOŚP – wszystko to są dobrowolne wpłaty. Gdyby wszystkim osobom, które dały na WOŚP kazać zapłacić za rok taką samą kwotę, to zapewne by tego nie zrobiły, bo to byłby przymus. Ale WOŚP to jest akcja raz na rok i kwota – mimo, że duża, nie starczyłaby na utrzymanie leczenia przez cały rok.

    ————————————————————————-
    „Pisarz ogłaszałby, że wyda swą powieść, jeśli na jego konto wpłynie np. 50000 złotych.”

    Zostawia to jednak pole do nadużyć ze strony nieuczciwych twórców. Oczywiście takie oszustwo można by popełnić tylko raz, nie mniej przy dużej kwocie, mogłoby to być warte ryzyka. I znów wracamy do stopnia rozwoju cywilizacyjnego społeczeństwa. Z drugiej strony takie podejście ma też swoją dobrą stronę – powstałoby dzieło, które ktoś chce przeczytać – a więc są ludzie, którym zależy, żeby taki produkt nabyć – taka praca nie byłaby bezcelowa. Jest to lepsze niż publikowanie na siłę i tworzenie książek, które zalegają potem w księgarniach i nikt ich nie kupuje.

    ————————————————————————-
    „Po czwarte, zasoby, które przeznaczane są teraz na obsługę prawa patentowego, zostałyby uwolnione i mogłyby zostać wykorzystane przez firmy do tworzenia technologicznych innowacji.”

    Hmm – grupa jednostek urzędniczych, bo o nich zapewne mowa, jest nimi, np. dlatego, że chwali sobie siedzenie w pracy od 7:30 do 15:30 i wykonywanie w miarę prostej pracy biurowej polegającej na kompletnie nietwórczym przeglądaniu „papierów”. Tacy ludzie nie przyczyniliby się do pracy nad rozwojem nowych technologii. Być może, gdyby od małego byli uczeni pracy twórczej i odkrywczej to coś by z tego było. Ale generalnie znani mi urzędnicy to osoby mające coś wspólnego z tymi szarymi urzędnikami z „Zamku” Kafki.

    ————————————————————————-
    „Co więcej, ponieważ raz wymyślona technologia może być udoskonalana (rzadko kiedy wynalazek jest ostatnim słowem w danej dziedzinie), istnieje duże prawdopodobieństwo, że szybko po stworzeniu pierwotnego wynalazku, pojawią się udoskonalenia, to zaś stawia innowatora w jeszcze lepszym położeniu względem firmy kopiującej – proces wyprzedzania konkurencji będzie miało bowiem trwały charakter, a firma innowator będzie zawsze o krok przed innymi.”

    To niestety zależy od zasobów. Jeżeli firma wynalazcza jest mała, a kopiująca duża, to kopiująca ją wyprzedzi.
    Jest jeszcze inny powód, dla którego twórca może zostać z tyłu za kopiującym. Twórca po stworzeniu jest zmęczony. Traci wenę, itp. Po zakończeniu pewnego etapu trzeba dać sobie odpocząć, zrobić przerwę, zresetować umysł. A ten, kto przejąłby gotowy produkt miałby świeże siły. Można to porównać do remontu pokoju – skrobiesz stare farby, gładzie, odnawiasz instalację elektryczną, gipsujesz dziury, kładziesz gładź, szlifujesz ją, malujesz, kładziesz podłogę. Czy po tym zaczynasz od razu remont kolejnego pokoju? Zapewne nie – odpoczniesz. A w tym momencie wchodzi ktoś z nowymi siłami i robi kolejny pokój, lub dekoruje to co zrobiłeś. Finalny odbiorca widzi tylko efekt dekoracji i w jakimś sensie dekorator zgarnia cały splendor za pracę.

    ————————————————————————-
    A teraz trochę przemyśleń.

    W drugim paragrafie sekcji „Prawo własności intelektualnej a zasada nieagresji” wydaje mi się, że przemycasz pozwolenie na kopiowanie. „Przepisując wiersz na własnym komputerze i wykonując – przy użyciu będących jego własnością kopiarki i papieru”. Wrażenie jakie pozostaje po przeczytaniu ma (?) powodować uczucie, że B nie jest totalnym leniem i złodziejem, ale jakąś pracę włożył w stworzenie kopii. Skoro się napracował, to pozwólmy mu mieć tą kopię. OK, B zrobił kopię, nie ważne jak, funkcjonuje to już pod terminem kopia. W dalszej części artykułu nie ma już mowy o samodzielnym kopiowaniu (w sposób, w jaki zrobił to B), tylko mowa jest już o kopiowaniu.

    A jak to w informatyce? Oprócz świata zamkniętego (czyli rozprowadzania oprogramowania w formie binarnej, gdzie jednym z warunków licencji jest zakaz deasemblacji kodu) jest też świat otwarty, lub wolny (free). Mamy tu licencję GPL (oraz całą masę mniej lub bardziej do GPL-podobnych licencji jak BSD, X11, LGPL i nowsze wersje GPL v2 i v3, i jeszcze kilka innych). Główne założenia GPL:
    – wolność analizowania kodu źródłowego,
    – wolność rozpowszechniania niezmodyfikowanej kopii programu,
    – wolność modyfikowania swojej kopii (najpewniej w celu udoskonalania
    programu)
    i rozpowszechniania własnych ulepszeń.

    Ale – to, że opublikuję program na licencji GPL to jest to mój wybór, do którego nikt mnie nie zmusza. Mogę to zrobić na komercyjnej licencji i udostępnić tylko wynikową formę binarną. Jeżeli jestem biorcą (czyli biorę kod źródłowy oparty na GPL) i dalej go rozwijam, to muszę moją pracę też opublikować na licencji GPL (to ma sens – skoro sam skorzystałem z czyjejś pracy to i swoją udostępniam na tych samych warunkach). Na licencji GPL da się zarobić: np. możemy wziąć cudzy kod opublikowany na licencji GPL i sprzedawać usługę utrzymania tego kodu, poprawy błędów, albo sprzedawać ładnie opakowany nośnik z tym programem z wersjami binarnymi skompilowanymi na różne systemy operacyjne. I jest jeszcze pewien niuans: GPL z założenia oznacza wolny, ale niekoniecznie darmowy (angielskie „free” oznacza to i to). Czyli mogę udostępnić coś na licencji GPL i wziąć za to opłatę, ale nie muszę. No i opublikowanie czegoś na licencji GPL nie powoduje zrzeczenia się praw autorskich.

    Jest GPL, ale nie ma przymusu stosowania. Dobrze, że jest GPL i są ludzie, którzy się w to bawią – z podkreśleniem na „ludzie, którzy się w to bawią”. Bo w wielu przypadkach jest to hobby, tworzone po godzinach, jak to mawiają programiści: „for the love of programming”. Dzięki temu mamy Linuxa i jeszcze trochę wolności. Kod systemu operacyjnego jest dostępny, wiadomo, że nie ma nim żadnym wirusów, programów śledzących, itp. W Windows 10 pod nazwą „zaawansowanej telemetrii” przemycono śledzenie użytkownika i przesyłanie jego danych do Microsoftu. Nie udało mi się znaleźć jakie dane są przesyłane – i pewnie nie będzie to łatwe, bo tylko Microsoft wie co, przesyła, ale posługując się wyszukiwarką internetową można bez problemu znaleźć sporo artykułów z analizą ruchu sieciowego pomiędzy komputerem użytkownika a serwerami Microsoftu. To przypomina trochę to co napisałem wcześniej o złym rzeźniku, który wynalazł wędliny, ale jest nieuczciwy i dodaje szkodliwe substancje. Microsoft ma duży udział w rynku, na tym systemie działa masa oprogramowania, zwłaszcza komercyjnego, i wiadomo, że firma nie zainwestuje w przeniesienie całej infrastruktury na Linuxa. Teraz oferują
    darmowy Windows 10, później przestaną wspierać wcześniejsze wersje Windowsów i będą mieli wszystkich pod kontrolą. Dzięki Linuxowi czuję się wolny, a z drugiej strony nie miałem czasu dołożyć się do tego oprogramowania (chyba, że dotacjami) i czuję jakiś tam wstyd, że tego nie zrobiłem.

    Czy byłbym za zniesieniem praw autorskich? Raczej nie w tym społeczeństwie, lub nie w całości społeczeństwa. Jest za bardzo pazerne i nastawione na zysk. Dajesz za darmo? Super, biorę i nie oglądam się za siebie. I pewnie taką osobę skubaliby dopóki skubać by się dało. Jakby padła znaleźliby kolejną. Chyba, że udałoby się to zrobić w ograniczonej społeczności ludzi, którzy chcieliby się w to zaangażować, ale też przestrzegaliby zasad moralnych. Coś jak lokalne waluty wspomagające lokalną gospodarkę, jak np. funt bristolski. Najbardziej przemawia do mnie argument rozwoju cywilizacyjnego – np. gdyby nie patenty na samochody elektryczne trzymane przez firmy związane przemysłem naftowym, to motoryzacja byłaby już dawno na dalszym etapie rozwoju. Dopiero teraz, gdy pół świata ma obsesję na punkcie globalnego ocieplenia i zanieczyszczenia środowiska to coś się zaczyna przebijać. Ale to jest wyjątek, a biznesowa siła korporacji i ekspansja korporacji na świat raczej wróży przeciwny kierunek.

    1. „Jeżeli w książce jest zapis, że posiadacz zobowiązuje się do niekopiowania (nierozpowszechniania) jest zawartości dalej, to nikt nie zmusza C, który zalazł książkę, żeby wchodził w jej posiadanie. Może ją zostawić tam, gdzie ją znalazł.” Oczywiście, że nie zmusza – trzeba się raczej zastanowić, czy jakieś prawo mu tego zabrania. Książka jest dalej własnością osoby, która ją kupiła, i być może nikt nie powinien jej ruszać (chyba, że ogranicza czyjąś wolność w podobny sposób, jak np. samochód zaparkowany na chodniku czy na cudzym podjeździe). Ale tak naprawdę nie wiemy, jaka jest wola właściciela – prawdopodobnie chciałby on, żeby ktoś przechował jego własność w bezpiecznym miejscu, poinformował go o znalezieniu i oddał mu ją. Znalazca ma więc prawo przyjąć takie założenie i postąpić w ten sposób. Tak więc wiemy już, że istnieją pewne działania, które można podjąć względem cudzego dobra będącego w stanie zgubionym, ale czy kopiowanie przenoszonych przez nie informacji zalicza się do nich? Ciężko powiedzieć, bo wielu ludzi przegląda treści przenoszone przez znalezione nośniki, próbując dowiedzieć się, kto jest ich właścicielem. A co z np. transmisją radiową, która przedostaje się do wnętrza mojej własności (ciała, domu czy różnych przedmiotów ruchomych, wśród których może się znaleźć radio z funkcją nagrywania)? W tym wypadku nie muszę manipulować żadną znalezioną cudzą własnością ani też wyrażać zgody na jakiekolwiek warunki w celu uzyskania dostępu do przesyłanej muzyki. Być może mógłbym nawet oskarżyć właściciela radiostacji o włamanie (chociaż wydaje mi się, że byłoby to uzasadnione tylko wtedy, kiedy fale wyrządzałyby mi jakąś szkodę).
      Cieszę się, że poruszyłeś problem prywatności (przy okazji wolnego oprogramowania) – jest ona innym, nawet bardziej istotnym, problemem związanym z prawem do powielania i rozpowszechniania informacji. Czy zasady libertarianizmu zapewniają jej należytą ochronę? Oczywiście włamanie się do czyjegoś domu w celu szpiegowania go lub przeglądanie jego prywatnych notatek bez uzyskania zgody są przez nie zabronione, bo wiążą się z naruszeniem prawa własności dóbr materialnych. Ale co, jeśli ktoś np. podsłuchuje czyjeś rozmowy na odległość czy w inny sposób zdobywa o nim wrażliwe informacje, ale bez ingerencji we własność tej osoby? Możemy tutaj mówić o stratach moralnych, znieważeniu czyjejś godności, a więc czymś, za co również należy się odszkodowanie ze strony sprawcy. A co, jeśli ktoś zrobi drugiej osobie zdjęcie bez jej zgody, ale nie będzie ono zawierało żadnych informacji o tej osobie, a jedynie utrwalało te, które udostępnia ona innym publicznie (w szczególności jest ubrana)? Może w tym wypadku jest podobnie?
      I jeszcze trzeci problem związany z informacją, który przyszedł mi do głowy: ataki hakerskie. Każdy, kto podłącza swój komputer do Internetu, zezwala innym na wysyłanie do niego różnego rodzaju danych. Może jednak nie wiedzieć, że stosowane przez niego oprogramowanie zawiera błędy, które powodują, że po odebraniu pewnej sekwencji danych zaczyna działać w niekorzystny dla niego, a korzystny dla hakera sposób. Można by stwierdzić, że atakujący jest niewinny – wysłał komuś pewną porcję danych, a to, w jaki sposób jego komputer je zinterpretował, to jego sprawa. Ale ten problem również można rozwiązać – wchodząc w interakcję z drugim człowiekiem lub jego własnością mamy zazwyczaj pewność, jakie będą jej skutki. Sprawca pobicia raczej nie uniknąłby kary twierdząc, że wierzył, iż jego pięść zmierzająca w stronę ofiary odbije się od wytwarzanego przez nią pola siłowego – tak samo haker powinien zostać ukarany za naruszenie prawa własności.

    2. Podobno na tej stronie jest 9 komentarzy (przed wysłaniem tego, który właśnie piszę) – dlaczego w takim razie widzę tylko 3?

    3. Zauważyłem jeszcze jedną rzecz: zakaz kopiowania treści znalezionej książki mógłby obowiązywać znalazcę tylko wtedy, kiedy umowa pomiędzy wydawnictwem a klientem byłaby tak skonstruowana, że stanowiłaby ona coś w rodzaju ich wspólnej własności (lub własności tylko wydawnictwa, ale pozwalającej klientowi na zarządzanie ją w bardzo szerokim zakresie – oczywiście oprócz kopiowania). Tylko wtedy kopiowanie jej mogłoby być traktowane jako naruszenie praw producenta, a nie tylko klienta, któremu nie zależy na tym, żeby nikt nie kopiował jej treści. Ale i w tym wypadku byłoby to możliwe tylko wtedy, gdyby uznać taką formę zdobycia informacji za bezprawną.
      Pojawia się tutaj kolejny problem, o którym można by napisać oddzielny artykuł – zasady obowiązujące w przypadku znalezienia cudzej własności. Przywłaszczenie sobie cudzego mienia jest traktowane jako kradzież, ale nikt nie myśli w ten sposób o podnoszeniu grosika z ziemi. Wprawdzie został on zgubiony przez inną osobę, ale czy opłacałoby się jej go szukać? I czy w ogóle wiedziałaby o swojej stracie? Nawet, gdyby to był ktoś ubogi, to pewnie nie znalazłby swojej zguby – łatwiej i więcej udałoby się choćby wyżebrać (być może w ten sposób odzyskałby również zgubiony pieniążek?). Tak więc ciężko odpowiedzieć pytanie, czy znalezienie cudzej, zgubionej książki uprawnia znalazcę do kopiowania jej treści. Z jednej strony można ją traktować jako tajemnicę współdzieloną przez autora, wydawnictwo i klienta, ale co to za sekret, który powierzamy milionom ludzi?
      Spotkałem się też z poglądem, że zakazu kopiowania należy przestrzegać tylko w przypadku np. oprogramowania, a nie dotyczy on muzyki, książek, filmów itp., gdyż są one elementami dziedzictwa kulturowego ludzkości.

  2. Warto też zwrócić uwagę na konkretne przyłady patologii wynikłych z rozciągania prawa własności na byty niematerialne:
    1) zjawisko copyright trolling
    http://www.infor.pl/prawo/prawa-konsumenta/konsument-w-sieci/700843,Copyright-trolling-wezwanie-do-zaplaty.html
    2) patenty uniemożliwiające rolnikom obsiewanie pól własnymi nasionami

    Swoją drogą, zostałem ostatnio wezwany do wydziału kryminalnego (!) w charakterze świadka w sprawie nielegalnej koszulki z logiem marki samochodowej, którą kupowałem dla kolegi na Allegro. Jeśli nie zgłosiłbym się dobrowolnie to policja wysyła dwa zawiadomienia, a ostatecznie stosuje tzw. doprowadzenie przymusowe (zakuwają w kajdany,a jeśli akurat trafi się sobota to trzymają człowieka 2 dni w areszcie).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.