Czy powinniśmy rozkulczykować kulczyków?

Jednym z działów libertariańskiej teorii moralnej jest teoria przejścia. Zajmuje się ona moralnymi aspektami przechodzenia od ładu państwowego do ładu libertariańskiego (anarchokapitalizmu lub państwa minimalnego). Co zrobić powinniśmy z własnością państwa? Co z jego zobowiązaniami? Czy urzędnicy państwowi powinni zostać ukarani za współudział w tworzeniu aparatu państwowego? I tak dalej. Jeden z fundamentalnych problemów przejścia – którym zajmę się w tym tekście – dotyczy kwestii tytułów własności dóbr: czy przechodząc do ładu libertariańskiego, powinniśmy uznać aktualne tytuły własności, czy powinniśmy dokonać ich rewizji? Jeśli konieczna jest taka rewizja, to na jakiej zasadzie miałaby się odbywać? Najpierw przedstawię argumenty na rzecz (warunkowego) zachowania aktualnych tytułów własności. Następnie zastanowię się nad argumentami na rzecz rewizji i jej możliwym kształtem.

Domniemanie prawomocności
Podstawowy argument na rzecz zachowania aktualnych tytułów własności można próbować wysnuć bezpośrednio z libertariańskiej teorii własności. Wskazuje on, że osoby, które znajdują się w fizycznym posiadaniu jakichś dóbr lub posiadają do nich tytuł własności zdobyty w nielibertariańskich warunkach (np. we współcześnie istniejącym państwie), mają prawo własności do tych dóbr, o ile nie udowodnimy im, że weszły w ich posiadanie niezgodnie z libertariańskimi zasadami. Pogląd ten opowiada się więc za domniemaniem prawomocności aktualnych tytułów własności, jak i za uznaniem, że posiadacze dóbr mają do nich (niejako automatyczny) tytuł własności, o ile nie udowodni się im, że weszli w ich posiadanie, łamiąc czyjeś prawa (istotne jest tu rozróżnienie między posiadaczem, kimś, kto materialnie kontroluje dany obiekt, a właścicielem, a więc kimś, kto ma do tego obiektu tytuł własności). Jak można to uzasadnić?

Załóżmy, że spotkana na ulicy osoba trzyma w ręku telefon. Czy ma ona obowiązek poinformować nas, w jaki sposób zdobyła ów telefon? Czy jeśli nie przedstawi satysfakcjonującego wytłumaczenia (np. nie pokaże dowodu zakupu), mamy prawo go jej odebrać? Nie wydaje się, by tak było. Obowiązek przedstawienia dowodu spoczywa raczej po stronie tych, którzy oskarżają kogoś o bezprawne posiadanie jakiegoś dobra, nie zaś po stronie posiadacza. Dopiero gdy przedstawimy sensowne argument na rzecz tezy o nieprawomocnej własności (np. nagranie, na którym widać, jak osoba ta kradnie ten telefon), posiadacz danego dobra ma obowiązek bądź przedstawić argumenty na swoją obronę, bądź zwrócić dobro prawomocnemu właścicielowi. Jeśli nie masz dowodu, że ukradłem telefon, który trzymam w ręce, ja nie mam obowiązku tłumaczyć się, skąd go wziąłem. To samo rozumowanie można zastosować do wszystkich rodzajów dóbr – na przykład do ziemi czy pieniędzy. Zgodnie z tą teorią, jeśli nie mamy dowodów na to, że ktoś zdobył swój majątek w sposób nielibertariański, majątek ten powinien pozostać w jego rękach.

Jeśli jesteśmy w stanie pokazać, że ktoś zdobył dane dobro w sposób nieuczciwy, powinno ono wrócić do właściciela. Cała własność państwowa (oprócz dróg, które prawdopodobnie znajdowałyby się w kolektywnym posiadaniu) przeszłaby więc – na drodze uwłaszczenia lub prywatyzacji – w ręce prywatne. Równocześnie uzasadnionym byłoby odebrać własność (lub część własności) osobom, które współtworzyły aparat państwowy. Osoby te zaangażowane były bowiem w działania organizacji masowo łamiącej prawa jednostek. Ten drugi projekt wydawać może się zbyt radykalny (nie w tym sensie, że jest niemoralny, ale w tym sensie, że mógłby wzbudzić zbyt duży sprzeciw), dlatego mógłby być ograniczony do politycznych i państwowych elit. Tylko one musiałyby oddać swoje majątki w ramach odszkodowania, urzędnicy niższego stopnia mogliby zostać ukarani o wiele łagodniej (np. w formie jakiejś relatywnie niewielkiej kary finansowej).

W moim przekonaniu, własność państwowa powinna być redystrybuowana od dołu. Oznacza to, że powinna trafić w pierwszej kolejności do najbiedniejszych. Przykładowo, tereny państwowe należałoby podzielić na działki i rozdać ludziom – rozpoczynając od tych, którzy mają najmniej. Mogę to uzasadnić (jest to uzasadnienie podatne na krytykę) na dwa sposoby. Po pierwsze, możemy założyć, że osoby najbiedniejsze najwięcej straciły na istnieniu państwa. Nie w tym sensie, że państwo zabrało im najwięcej pieniędzy w formie podatków, ale w tym sensie, że zło, które państwo wyrządza obywatelom, prawdopodobnie bardziej odcisnęło się na losie biednych niż bogatych (oczywiście, musimy zgodzić się tu na jakąś utylitarystyczną ramę). Po drugie, rozwiązanie takie jest korzystne ze względów strategicznych – libertarianizm musi mieć coś do zaoferowania masom.

nozick
Nozick zastanawiał się, że czy nie powinniśmy wyrównać nierówności, które wprowadziło państwo. Być może dobre byłyby do tego zasady Rawlsa?

W świetle tego rozwiązania: (1) własność państwowa zostałaby rozdzielona między obywateli, (2) własność osób współtworzących państwo zostałaby redystrybuowana (do obywateli) w zakresie zależnym od ich roli w aparacie przymusu, (3) własność prywatna pozostałaby w rękach właścicieli, chyba że dałoby się dowieść, że została zdobyta w sposób nieprawomocny.

Rewizja tytułów własności
Istnieje jednak zasadniczy problem z przedstawionym powyżej argumentem. Zdaje się on nie brać pod uwagę faktu, że własność, w posiadaniu której aktualnie znajdują się jednostki – choć mogła nie zostać przez nie ukradziona – pochodzić może z kradzieży lub zdobyta mogła zostać dzięki przemocy państwowej. To, że aktualny właściciel nie ukradł dóbr, w których posiadaniu się znajduje, nie musi rozstrzygać sprawy – pieniądze te mogły bowiem zostać ukradzione komuś innemu i przekazane aktualnemu właścicielowi. Wyobraźmy sobie, że do wspomnianej osoby idącej ulicą z telefonem ktoś podbiega, wyrywa jej telefon i daje go jakieś osobie trzeciej, mówiąc: „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!”. Czy okradziona osoba ma prawo odebrać telefon obdarowanemu? Oczywiście. To, że ktoś zabrał należącą do mnie rzecz i przekazał komuś innemu (nawet jeśli ten ktoś nie był świadomy, skąd ta rzecz pochodzi), nie zmienia fundamentalnego faktu, że mam tytuł własności do tej rzeczy. Jeśli więc państwo zabrałoby A jego własność i przekazało B, B miałby obowiązek oddać tę własność A. To tworzy fundamentalną przesłankę pozwalającą uznać, że aktualne tytuły własności są bardziej chwiejne, niż mogłoby się zdawać. Wyobraźmy sobie dwie osoby. A w ciągu swego życia nie brał od państwa nic lub prawie nic, B brał od państwa sporo (uczęszczał na państwowy uniwersytet, pracował w państwowej instytucji, brał dotacje, wykonywał zlecenia dla państwa itd.). Choć można argumentować, że B miał prawo robić to wszystko (robiąc to, nie łamał zasady nieagresji), to wszedł w posiadanie pieniędzy, o których A może myśleć, że zostały mu skradzione. B wprawdzie nie grabił, ale żył z zagrabionego. I jeśli trochę tego zagrabionego jest nadal w posiadaniu B, A może się o to upomnieć.

Tu pojawia się interesujący problem – czy rzeczywiście zawsze jest tak, że gdy państwo zabierze coś A i da B, to A ma prawo żądać zwrotu tego czegoś od B? Gdyby państwo ukradło A psa i dało go B, byłoby jasne, że pies nadal jest własnością A. Tak samo, gdyby państwo przejęło kamienicę i przekazało komuś innemu. Ale czy jeśli państwo ukradnie A 100 złotych i da B, to B powinien oddać sto złotych A? Wydaje się, że tak – czym różni się 100 zł od kamienicy? A co, jeśli państwo ukradnie 10 osobom po 100 złotych i ze zdobytego 1000 zł wyda 500 zł – czy powinno oddać 10 osobom po 50 złotych, czy może powinno oddać tym osobom, których stuzłotówek (rozpatrywanych tu jako materialny obiekt) nie wydało, całość zabranych pieniędzy, a reszcie nie dawać nic (nie dlatego że nie musi, ale dlatego że więcej nie ma)? Jeszcze bardziej sytuacja komplikuje się, gdy państwo zabierze milionom ludzi różne kwoty pieniędzy (których brak odczują one w różnym stopniu), nałoży na nich różnego rodzaju regulacje (które będą dotykać ich w różny sposób) i część pieniędzy odda – w ten czy inny sposób – niektórym osobom. Jak wtedy ustalić, kto ma do czego prawo? Jeżeli bowiem państwo jest wielkim rabusiem, który okrada nas wszystkich i daje z powrotem część ukradzionych pieniędzy niektórym z nas, status praktycznie wszystkich dóbr, w których jesteśmy posiadaniu, staje się wysoce niejasny.

Można próbować rozwiązać ów problem, wprowadzając dwa pojęcia. Za beneficjentów państwa będziemy uznawać osoby, które płacą państwu w formie podatków mniej, niż od niego otrzymują (i szerzej, więcej zyskują niż tracą na jego licznych regulacjach). Wyobraźmy sobie kogoś w rodzaju Kulczyka, kto wygrywa państwowe przetargi, dzięki czemu w swoich inwestycjach notuje stopę zysku niemożliwą do osiągnięcia dla kogoś, kto działa na wolnym rynku. Z pewnością państwo odebrało mu w ciągu jego życia bardzo dużo, można jednak argumentować, że na wolnym rynku nie byłby w stanie zarobić tak wielkich pieniędzy. Za ofiary państwa będziemy uznawać tych, którym państwo zabrało więcej, niż dało. Wykorzystując oba te pojęcia, możemy zaproponować następujące twierdzenie moralne: beneficjenci państwa są w posiadaniu pieniędzy ofiar państwa i dlatego ofiary te mogą domagać się tych pieniędzy zwrotu. W momencie wprowadzenia ładu libertariańskiego konieczna jest daleko posunięta redystrybucja tytułów własności (od beneficjentów do ofiar), konieczne jest rozkluczykowanie kulczyków. (W ujęciu tym kulczykowie są więc synonimem kogoś, kto samemu nie rabując i nie niewoląc, dorobił się dzięki bardziej lub mniej rozwiniętym interesom z rabującym i niewolącym państwem lub w wyniku działania na rynkach przez to państwo zdeformowanych. Nie musimy więc kulczyków automatycznie uznawać za niemoralnych.)

Hipoteza ta jest niezwykle kusząca, jest z nią jednakże związany istotny problem. W wielkiej liczbie przypadków wydaje się niezwykle trudno określić, ile dana osoba zapłaciła państwu, ile zaś od niego wzięła. Problem jest tu nie tylko techniczny (musielibyśmy analizować historię finansową każdej osoby), ale i teoretyczny. Straty, które powoduje państwo, nie mają bowiem wyłącznie charakteru monetarnego. Nie jest na przykład możliwym wyliczyć straty, które jednostka poniosła w wyniku tego, że państwo uniemożliwiło jej podążanie tą, a nie inną ścieżką (np. w wyniku istnienia określonych regulacji gospodarczych), że była zmuszona uczyć się w państwowej szkole (i np. była tam prześladowana), że była wcielona do wojska, że różne jej wolności były ograniczone itd. To mogłoby nas skłonić do porzucenia idei rewizji tytułów własności. Skoro nie jesteśmy w stanie przebadać historii każdej jednostki, może powinniśmy zostawić wszystko tak jest i uznać, że posiadanie danego dobra daje nam do niego tytuł własności (poza dobrami, które znajduje się w rękach państwa lub jego przedstawicieli, i dobrami, których prawowitego właściciela da się wskazać)? Z drugiej strony, dlaczego mielibyśmy wybrać akurat takie rozstrzygnięcie sprawy? Fakt, że relacje własnościowe są tak skomplikowane, może skłaniać do innych rozwiązań. Można argumentować, że jeśli tytuły własności zasadniczo zostały zdobyte w nielibertariańskich warunkach, powinniśmy dokonać ich radykalnej redystrybucji. Ponieważ nie jesteśmy w stanie odróżnić beneficjentów od ofiar, redystrybucja powinna odbywać się na jakiejś innej, prawdopodobnie egalitarnej, zasadzie.

Nowy start, czyli kapitalizm-tym-razem-w-sprawiedliwy-sposób
Jedną z zasad takiej redystrybucji określić można mianem nowego startu lub kapitalizmu-tym-razem-w-sprawiedliwy-sposób. Rozwiązanie to, wychodząc z przekonania, że państwo tak bardzo wmieszało się w nasze relacje własnościowe, że są one całkowicie skrzywione (względem tego, w jaki sposób własność powinna być zdobywana), wskazuje, że powinniśmy dokonać rewizji praktycznie wszystkich tytułów własności. Najbardziej radykalna wersja tego rozwiązania polegałaby na zapewnieniu literalnie rozumianego równego startu – własność zostałaby podzielona między wszystkich obywateli danego państwa. To rozwiązanie wydaje się podejrzane moralnie i, równocześnie, całkowicie niepraktyczne. Mniej radykalna wersja polegałaby na zezwoleniu każdej osobie, by zachowała własność do jakiejś wartości (np. miliona złotych), wszystko ponad to zostałoby rozdystrybuowane wśród reszty społeczeństwa (z wyjątkiem osób pracujących wcześniej dla państwa), najlepiej od dołu. Taka redystrybucja miałaby charakter jednorazowy. Od tego momentu wszystkie tytuły własności byłyby uznawane za całkowicie prawomocne.

Zauważmy, że takie rozwiązania mogłyby całkowicie zmienić nasze postrzeganie kapitalizmu. Zamiast kapitalizmu postfeudalnego, w którym byli chłopi i pozbawieni jakiegokolwiek kapitału miejscy robotnicy muszą sprzedawać swoją pracę kapitalistom w zamian za głodowe pensje, lub kapitalizmu postkomunistycznego, w którym wywłaszczone społeczeństwo sprzedawać musi pracę uwłaszczonej nomenklaturze i zagranicznym inwestorom, mielibyśmy do czynienia z kapitalizmem-tym-razem-w-sprawiedliwy-sposób, w którym wszyscy zaczynaliby z podobnego poziomu, co polepszyłoby (na różne sposoby) sytuację pracowników względem pracodawców. Historie mówiące, że w kapitalizmie każdy ma tyle, ile sobie wypracuje, brzmiałyby bardziej wiarygodnie, gdyby jedni nie zaczynali jako właściciele fabryk i banków, nie dostawali preferencyjnych kredytów i bezzwrotnych pożyczek, nie stawali do ustawionych pod nich przetargów i nie dysponowali dziesiątkami niedostępnych dla zwykłych ludzi metod na unikanie podatków, inni zaś nie zaczynali z gołymi rękami. Podkreślmy, że rozwiązanie to (chciałbym, byśmy się nad nim zastanowili, choć niekoniecznie się za nim opowiadam) nie wskazuje, że wszyscy powinniśmy zaczynać z poziomu równości, ale że powinniśmy zaczynać w sprawiedliwy sposób, a sprawiedliwość – wobec deformacji stosunków własnościowych przez państwo – można zapewnić przez jednorazową wyrównującą redystrybucję. Tak się złożyło, że równość – do której jako libertarianie nie mamy żadnej szczególnej predylekcji (równość się zdarza i może być czasami nawet przyjemna, ale nie należy jej pożądać) – jest w tym momencie tożsama ze sprawiedliwością).

Osoby, które straciłyby na tej redystrybucji, czułyby się oczywiście pokrzywdzone. Dlaczego to one mają oddawać swoje dobra, by wynagradzać krzywdy wyrządzone przez państwo? Argument jest prosty (co niekoniecznie oznacza: poprawny) – dlatego że dobra te zostały zdobyte w systemie, który nie był systemem sprawiedliwym. Wyobraźmy sobie, że państwo wprowadza regulację, która ogranicza możliwość wykonywania jakiejś bardzo potrzebnej społeczności usługi, tak że sprzedawać tę usługę może tylko bardzo wąska grupa osób. Jest jasne, że w takiej sytuacji osoby, które mają prawo sprzedawać te usługę, będą mogły zawyżać jej cenę (mechanizm rynkowy nie spowoduje obniżenia cen do poziomu rynkowego), notując tym samym wielkie zyski. Czy możemy powiedzieć, że osoby te zdobyły te pieniądze w uczciwy sposób? Choć same nie robiły nic nieuczciwego, korzystały z nieuczciwości państwa.

Jakiś libertarianin (bo libertarianie uwielbiają argument z arbitralności) może powiedzieć w tym momencie: „Dlaczego wyznaczyłeś sumę pieniędzy, które wolno zachować, akurat na milion? Przecież to jest całkowicie arbitralne”. Oczywiście celem tej wątpliwości jest krytyka nie arbitralnego wybrania miliona, ale krytyka całej teorii, która opiera się na tego typu arbitralności. Moja niedoskonała odpowiedź brzmi: w tego typu sytuacjach arbitralność jest niemożliwa do uniknięcia. Jeśli chcemy dokonać takiej przycinającej redystrybucji, musimy się zdecydować na jakąś kwotę. Będzie to niesprawiedliwe, ale niedokonanie tej redystrybucji też można postrzegać jako niesprawiedliwe.

Podsumowanie, które jedynie mnoży znaki zapytania
Libertarianizm postuluje przekazanie własności państwowej – poprzez uwłaszczenie lub prywatyzację – w ręce jednostek, obywateli danego państwa (jeśli zainteresował cię temat, spróbuj oszacować, jak wielkie zasoby państwo ma teraz w swoich rękach). Własność osób współpracujących z aparatem represji i inicjujących przemoc wobec obywateli również powinna być przekazana – w ramach odszkodowania za doznane krzywdy – obywatelom. Pozostaje problem dóbr pozostających w rękach prywatnych. Istnieją trzy rozwiązania tego problemu:
(1) Dobra mogą zostać w rękach aktualnych posiadaczy (o ile nie da się wykazać, że zostały zdobyte nieprawomocnie) – domniemanie prawomocności.
(2) Możemy próbować ocenić, kto jest beneficjentem, kto zaś ofiarą państwa i dokonać transferu – redystrybucja od beneficjentów do ofiar.
(3) Możemy uznać, że każda osoba, która posiada dobra o wartości powyżej określonej kwoty (powiedzmy miliona złotych), jest beneficjentem państwa i przekazać dobra wykraczające poza tę wartość osobom, które mają mniej – redystrybucja przycinająca.

Ponieważ rozwiązanie drugie wydaje się nierealne ze względów technicznych, pozostaje nam wybór między uznaniem tytułów własności a redystrybucją przycinającą. Co powinniśmy wybrać?

kulak
Uderz w kułaka! A jeśli się pomylisz i uderzysz w kogoś, kto doszedł do tego, co ma, ciężką pracą?

Nie bez powodu problem ten określam mianem rozkulczykowywania kulczyków. Nazwa ta sugerować ma dwie rzeczy. Z jednej strony odnieść chciałem się do powszechnego przekonania, że wiele z fortun, które powstało w III RP, powstało nie tylko dzięki przedsiębiorczości i ciężkiej pracy, ale dzięki z jednej strony współpracy z państwem, z drugiej zaś dzięki działaniu na rynkach przez to państwo zdeformowanych. Z drugiej strony odwołać chciałem się do chyba najbardziej znanego przykładu tego typu masowej redystrybucji, czyli rozkułaczania kułaków. Wiemy dobrze, jak tragicznie skończył się ten projekt. Oczywiście, rozkułaczanie było już u swych założeń całkowicie niemoralne (tym różni się od projektu libertariańskiej rewizji tytułów własności), niemniej jednak w pełnej krasie ujawnił się tu fundamentalny problem z tego typu przemocowymi projektami – bardzo łatwo tu o tragiczne w skutkach błędy. Lenin mógł mówić, że nie da się zrobić omletu, nie rozbijając jajek, tym jednak (między innymi) różni się libertarianizm od leninizmu, że my nie zgadzamy się na łamanie praw jednostek dla wyższego celu, bo prawa jednostek są dla nas ostatecznym celem. Innymi słowy, istnieje niebezpieczeństwo, że rozkluczykowanie pójdzie nie tak i że miast wyrównać niesprawiedliwości, przyniesiemy ze sobą nowe. Być może jest tak, że tego typu redystrybucja, nawet jeśli w teorii wydaje się sprawiedliwa, musi okazać się niesprawiedliwa w praktyce. Dlatego jestem wobec takich projektów sceptyczny, bardziej przeraża mnie zło, do którego mogłyby prowadzić, niż ekscytuje dobro, które mogłyby przynieść. Z drugiej strony unikanie tego typu problemów może być oznaką nie tyle Burke’owskiej rozwagi, ale moralnego tchórzostwa. Jaka jest więc moja odpowiedź na pytanie, czy libertariańska teoria moralna nakazuje dokonania radykalnej rewizji tytułów własności? Nie wiem. Nie czuję się na tyle mądry, by odpowiedzieć na to pytanie, czuję jedynie, że należało je zadać.

21 Comments:

  1. Wg mnie należy ustalić nie to kto jest beneficjentem, a kto tracił, tylko kto pełnił państwowe urzędy i jednocześnie stosował lub zachęcał czy wychwalał do państwowej przemocy. Takie kryterium nie jest kontrowersyjne, w przeciwieństwie do bycia „czynnym beneficjentem” z czego można się tłumaczyć, że „ja tylko odbieram od państwa to co mi zabrało w podatkach i straconych możliwościach”, albo „jak dają to biorę, bo inaczej weźmie kto inny”. Do tego jest użyteczne jeśli ktoś wierzy, że pewni ludzie w naturalny sposób są etatystami, a inni nie, i uderzenie w tą etatystyczną grupę ludzi zadziała oczyszczająco na całość.

    Oczywiście jest też majątek, który można uznać bez wątpliwości za państwowy jak Lasy Państwowe, tereny należące do miast czy gmin, różne inne aktywa państwowe.

    1. No to jest niejako zawarte w całej idei odbierania zagrabionego. Choć nie sądzę, by wychwalanie państwowej przemocy było dobrym kryterium, bo praktycznie wszyscy się tego dopuszczają/dopuszczali – będą zmanipulowanymi przez państwową propagandę. Lepszym kryterium jest czynna partycypacja w konkretnych działaniach, które łamały prawa jednostek. To jednakowoż mogłoby być nierozważne ze względów strategicznych (problem policji np.).

      Pytanie brzmi, co robimy z własnością: zostawiamy, jak jest, czy redystrybuujemy?

      1. Dla mnie w tym wypadku to nawet pochwalanie jest wcale nie gorszym kryterium niż stosowanie, bo wychwala się z własnej inicjatywy i przekonań, a stosować przemoc można bezideowo, traktując to jako zwykłą pracę. I to ma związek: wychwalanie to często skutek lub środek do bycia beneficjentem. Nie jestem zwolennikiem zaglądania ludziom do kieszeni, zwłaszcza, że majątek można przepisać na kogoś. A wygłaszane poglądy i bycie na liście płac to są dostępne dla każdego dane.

        1. Ok, rozumiem, acz libertarianizm raczej nie przewiduje „karania za słowa”. Ponieważ słowa (jeśli nie są częścią działania, które samo jest przemocą) nie są inicjacją przemocy, to nie można w odpowiedzi na nie stosować przemocy. Przemoc można stosować tylko, broniąc się przed przemocą ze strony innych.

          Swoją drogą, jak chciałbyś mierzyć do „wychwalanie”, od które uzależniłbyś kary. Czy powiedzenie raz: „Państwo jednak zapewnia nam wiele przydatnych rzeczy” by się kwalifikowało. Pewno każda osoba kiedyś coś w tym stylu powiedziała. Jest właśnie na odwrót, rzeczy materialne można mierzyć, a słowa rozpływają się, gdy chce się je złapać i przyszpilić. Dlatego karać można jedynie za realny współudział.

          A jak ktoś Ci coś ukradnie i włoży do kieszeni, to też nie jesteś zwolennikiem zaglądania do kieszeni? Wiesz, ja też mam wiele wątpliwości odnośnie takiej rewizji i raczej za nią nie jestem, ale nasze odczucia powinny ustąpić miejsce jakiejś bardziej dogłębnej analizie.

  2. Byłbym ostrożny w karaniu władz państwowych za kradzież i inne naruszenia wolności. Istnieją różne partie konserwatywno-liberalne, które próbują przynajmniej częściowo ograniczyć państwową przemoc, ale muszą w tym celu dojść do władzy, nie pozwalając socjalistom wygrać wyborów.

    1. Słusznie. Ja w ogóle byłbym ostrożny. 😉
      Myślę, że dobrym kryterium byłoby pomniejszanie, a nie powiększania zakresu ucisku. Acz musiałoby to być znaczące pomniejszanie. Nikt by się nie czepiał ludzi, którzy zmniejszali podatki i cięli administrację.

      Swoją drogą ktoś ostatnio tłumaczył mi, że PIS musiał obiecać i zrealizować 500+, by wygrać wybory i utrzymać się przy władzy, ale de facto robi to dla większej wolności. Jak pisałem, diabeł jest pragmatystą.

  3. Jako że nie wziąłeś w swoich rozważaniach pod uwagę jeszcze jednej możliwości, choć można ją również uznać za pewien wariant rozwiązania 1), chciałbym spytać, jak odnosisz się do proponowanego przez Hoppego prywatyzowania (uwłaszczania) na zasadach proporcjonalności w odniesieniu do poczynionych wkładów podatkowych.
    Czy propozycja ta nastręcza problemów podobnych do rozwiązania 2), w związku z czym jest równie nierealna? Czy nie stanowi ona próby sankcjonowania opodatkowania?

    http://mises.pl/blog/2011/09/12/hoppe-o-wlasnosci-prywatnej-wspolnej-i-publicznej-z-uzasadnieniem-calkowitej-prywatyzacji/

    1. Z teorią mówiącą, że każdy powinien otrzymać część własności państwowej proporcjonalną do zapłaconych podatków jest kilka problemów. Załóżmy, że jakiś biznesmen robił różnego rodzaju interesy z państwem i się na nich dorobił. Siłą rzeczy zapłacił on o wiele więcej podatków, niż ktoś, kto nie robił tak dobrych interesów, ale nie nazwalibyśmy go raczej ofiarą państwa. A co z kimś, kto został przez państwo w jakiś niematerialny sposób skrzywdzony (i być może wpłynęło to na jego życie tak, że zarabiał i płacił podatków mniej)? Dlaczego on miałby dostać mniej niż nieskrzywdzony, płacący podatki biznesmen? A co jeśli państwo uniemożliwiło komuś działanie, na którym mógłby się dorobić? Np. ja byłbym w stanie prowadzić firmę i może zostałbym milionerem, ale nie mam cierpliwości, by użerać się z podatkami, zusami i papierkami, i przez to pracuję za małe pieniądze na etacie. Czy dostanę odszkodowania odpowiednie do moich strat? Itd. Innymi słowy, rozwiązanie: każdemu tyle, ile zapłacił podatków, jest niedobre, bo bierze pod uwagę tylko jeden aspekt opresji państwowej, dodatkowo zaś jest nieczułe na podział między beneficjentami a ofiarami. Ten drugi element można by jakoś uwzględnić, ten pierwszy byłoby ciężko.

  4. Sądzę, że byłby jeszcze jeden praktyczny problem poza arbitralnością decyzji „ile komu?”. Kto miał by dokonywać redystrybucji, kto, z czego i ile mu za to placic? Przecież to wymagało by nieopisanej wręcz ilości pracy, zatrudnienia do tego całej rzeszy urzędników… Mało kto chyba zgłosił by się charytatywnie. A jeszcze trzeba czuwać nad uczciwością, itd. Kto miałby mieć władze decydowania jak pokrywać te koszty? Patologia na patologii :)

    I czemu moralnego tchórzostwa? Raczej odwagi. Tego, że ktoś nie boi się, że całe życie będzie bezbronną owcą goloną przez bogatych kapitalistów i nie decyduje przez instynk samozachowawczy podpowiadający, że w odruchu obronnym można zarżnąć wszystkich: i tych uczciwych i nieuczciwych kaptalistów.

    Czegokolwiek nie udałoby się „państwowym-kapitalistom” wcześniej zdobyć, rynek i tak rzuci im wyzwanie. Wtedy albo stracą wszystko, albo się obronią i zasłużą na to co mają „po fakcie”, swiadcząc produktywne usługi innym z korzyścią dla całego społeczeństwa.

    1. No właśnie o to chodziło mi, gdy nawiązywałem do rozkułaczania kułaków i wskazywałem, że taka redystrybucja, choć może być w teorii sprawiedliwa, być może musi być w praktyce niesprawiedliwa.

      Jeśli zaś chodzi o moralne tchórzostwo – jest takie zagrożenie, że przestraszymy się pewnych możliwości i w ogóle zaniechamy jakichkolwiek działań, bo jeszcze coś pójdzie nie tak. Taka hipermoralność też może być czymś złym. Ciężko to wyważyć.

      Co do ostatniego akapitu – być może jest tak, że gdy na starcie gracze mają nierówne zasoby, to gra jest już na zawsze skrzywiona i żadna realna weryfikacja rynkowa nie zachodzi. Oczywiście wiemy, że tak źle nie jest (da się i zrobić milion od zera i spaść z miliona do zera), ale nierówna dystrybucja na starcie jednak obraz gry wykrzywia.

      1. Nie jestem pewien czy w tym wypadku byłaby to obawa, że coś może pójść nie tak. Bardziej świadomość, że w realnym świecie bardzo wiele rzeczy na pewno pójdzie nie tak, a nie ślepa wiara w to, że wszystko pójdzie idealnie jak w teorii i tak jak to (mimo wszystko tu także) centralnie zaplanowano 😉

        3. To bez wątpienia, ale trzeba mieć na uwadze koszty alternatywne, które zmuszeni byliby ponosić wszyscy (w tym przede wszystkim ludzie nieuświadomieni), w wyniku ewentualnego chaosu gospodarczego, który mógłby w takim wypadku nastąpić (tu też decyzja narzucona wszystkim przez kilka osob?). Podejrzewam, że niewiele osób dałoby sie przekonać, że ich cierpienie i początkowy spadek warunków życiowych były koniecznym elementem egzekwowania sprawiedliwości :) szczególnie zakładając, że dużą część ludzi udało się przekonać, iż bez państwa bedzie im się żyło lepiej, ale bez nadmiernego zagłębienia się w teorię. Takie, nawet chwilowe, zamieszanie mogło by bardzo negatywnie wpłynąć na ich nastawienie do idei.

  5. Weźmy taką grupę zawodową jak lekarze lub prawnicy.
    Są oni beneficjentami systemu polegającego na dostarczaniu bezpłatnych studiów oraz ograniczenia podaży usług przez nich świadczonych, ponadto istnieje niesprawiedliwa renta z tego tytułu, ze dzieci prawnika łatwiej zostają prawnikami itp.

    Próba odkręcania takich spraw jest IMO czystym szaleństwem.

    Ponadto państwo ma jakiś bilion dolarów długu (wliczając zobowiązania emerytalne i inne). Honorujemy go czy nie?

    1. No tak, rozwiązanie polegające na liczeniu każdemu, czy jest, czy nie jest beneficjentem, jest niemożliwe. Więc pozostaje zostawić tak, jak jest, lub redystrybucja przycinająca.

      Co do długu: wiadomo, że długi zaciągane przez właściciela niewolników nie obciążają niewolników.

      1. Tyle że traktowanie aktualnych relacji „państwo-obywatele” jak relacji „właściciel – niewolnik” jest mówiąc najłagodniej, drastycznym uproszczeniem.
        Zwłaszcza w demokracji, choć nie tylko.
        Pieniądze wydawane na własne potrzeby państwa to mikroskopijny ułamek budżetu. A dług państwa wobec właścicieli obligacji skarbowej to betka w porównaniu ze zobowiązaniami emerytalnymi. Uważasz że można wzruszyć ramionami na pytanie dzisiejszych 60+latków „gdzie moja emerytura i świadczenia zdrowotne?”
        I nie, to nie Kulczykowie rozkradli (w większości) te pieniądze. Zostały po prostu wydane na redystrybucję.

        1. „Tyle że traktowanie aktualnych relacji „państwo-obywatele” jak relacji „właściciel – niewolnik” jest mówiąc najłagodniej, drastycznym uproszczeniem.
          Zwłaszcza w demokracji, choć nie tylko.”

          Jak mamy rozmawiać, musisz podać argumenty, a nie same oceny.

          „Pieniądze wydawane na własne potrzeby państwa to mikroskopijny ułamek budżetu.”
          Nieprawda. Podaj dane.

          „Uważasz że można wzruszyć ramionami na pytanie dzisiejszych 60+latków „gdzie moja emerytura i świadczenia zdrowotne?””

          No ja nie poczuwam się w obowiązku do spłacania czyichś długów. Ja nie obrabowałem tych emerytów, dlaczego ja miałbym być obrabowywany, by im ulżyć? Wolno mi okraść ciebie, bo mnie ktoś okradł? Jeśli tak, to będę pamiętał na zlocie. 😉

          Tu więcej na ten temat:
          http://stanislawwojtowicz.pl/2016/04/420/

          „I nie, to nie Kulczykowie rozkradli (w większości) te pieniądze. Zostały po prostu wydane na redystrybucję.”

          Gdzie pisałem, że kulczykowie rozkradli te pieniądze?

  6. „rozwiązanie takie jest korzystne ze względów strategicznych – libertarianizm musi mieć coś do zaoferowania masom.” – takie argumenty w żaden sposób nie przemawiają za moralnością danych rozwiązań, nie jest to właściwie argument w dyskusji nad słusznością danego rozwiązania
    Atrakcyjność libertarianizmu powinna być jedynie szczęśliwym rezultatem innych rozważań, dzięki któremu wprowadzenie idei w życie może być trochę łatwiejsze – nic poza tym.

    „możemy założyć, że osoby najbiedniejsze najwięcej straciły na istnieniu państwa. ” – ciekaw jestem bardziej rozbudowanego uzasadnienia, bo myślę, że może być trudne do przeprowadzenia; myślę, że nie ma sensu czegoś takiego dowodzić operując na wielkich grupach, jak indywidualizm metodologiczny to konsekwentnie.

    „wychodząc z przekonania, że państwo tak bardzo wmieszało się w nasze relacje własnościowe, że są one całkowicie skrzywione ” – to jest nadużycie, państwo w dużym stopniu skrzywia relacje własnościowe, ale bardzo trudno określić czy stopień tego skrzywienia uprawnia nas do radykalnych kroków; pracowitość, zaradność, talent itp. nadal pełnią olbrzymią rolę w dzisiejszej gospodarce

    „Mniej radykalna wersja polegałaby na zezwoleniu każdej osobie, by zachowała własność do jakiejś wartości (np. miliona złotych), wszystko ponad to zostałoby rozdystrybuowane wśród reszty społeczeństwa (z wyjątkiem osób pracujących wcześniej dla państwa), najlepiej od dołu.”
    Czy np. Robert Lewandowski zdobył swoje pieniądze w nieprawomocny sposób? Taka redystrybucja byłaby niezwykle krzywdząca…

    „Możemy uznać, że każda osoba, która posiada dobra o wartości powyżej określonej kwoty (powiedzmy miliona złotych), jest beneficjentem państwa.” – to zwyczajnie nie jest prawda.

    ***

    Jeśli chodzi o rewizję tytułów własności to jedyne rozwiązanie jakie wydaje mi się uprawomocnione to umożliwienie osobom prywatnym dochodzenia swoich praw w sądach. Można byłoby dopuścić pozwy zbiorowe przeciwko osobom, które wzbogaciły się na korzystaniu z instytucji państwa. Sprawny libertariański system prawny i niskie (w porównaniu do dzisiejszych) koszty transakcyjne takich spraw umożliwiłyby takie rozwiązanie problemu.
    W przypadku najgrubszych ryb – posiadaczy największych majątków zdobytych dzięki kontaktom z państwem wykazanie nieprawomocności ich zdobycia nie powinno stanowić dla sprawnego systemu prawnego dużego kłopotu.

    Jedno takie rozstrzygnięcie mogłoby doprowadzić do precedensu w prawie i pozostałe pozwy byłyby o wiele łatwiejsze do wygrania, a więc i tańsze. Można sobie chyba wyobrazić prywatne firmy zajmujące się windykacją i wypłacaniem milionom osób niewielkich kwot – w zamian za jakieś wynagrodzenie. Oczywiście nie wszystkie najmniejsze niesprawiedliwości mogłyby być w ten sposób zrekompensowane – koszty takich procesów w niektórych sytuacjach przewyższyłyby zyski z ich przeprowadzania.

    Zagadnienia te wydają mi się nieco analogiczne do problemów emisji zanieczyszczeń przez prywatne firmy – emitent jest jeden, a cierpi wielu w niewielkim stopniu (koszty zewnętrzne są rozmyte). W jednym i drugi przypadku to rozmycie nie daje uprawnienia do stosowania kolektywnych rozwiązań.

    Co do prywatyzacji majątku państwowego – najbardziej sprawiedliwe i ekonomicznie opłacalne wydaje mi się podzielenie go „po równo” między obywateli (wymaga to dłuższego uzasadnienia), niezależnie od ich statusu majątkowego np. w formie akcji, bonów, rozmaitych form praw własności, które można by przehandlować na rynku.

    Wydaje mi się, że projekt libertariański nie powinien stawiać sobie na celu przywrócenie wszelkiej sprawiedliwości i zrekompensowanie krzywd, które państwa wyrządziły na przestrzeni dziejów, ale jedynie zlikwidowanie państwowego przymusu – kropka. Nierówność na starcie jest zupełnie normalna – po 100 latach ładu wolnościowego będą oczywiście ludzie, którzy urodzą się w biednych rodzinach, bez majątku, a będą i tacy, którzy urodzą się w rodzinach milionerów.

    Warto zauważyć, że w przypadku wielu grup społecznych samo odebranie przywilejów byłoby olbrzymią karą – osoby takie musiały włożyć wiele pracy, aby otrzymać państwowe licencje, koszty alternatywne w takim wypadku mogą być ogromne.

    Jeśli przyznalibyśmy prawo do odbierania własności zdobytej dzięki kontaktom z państwem to co z umiejętnościami? Czy powinniśmy zakazać wykorzystywania umiejętności, które nabyliśmy dzięki kontaktom z państwem?

    1. „takie argumenty w żaden sposób nie przemawiają za moralnością danych rozwiązań, nie jest to właściwie argument w dyskusji nad słusznością danego rozwiązania”

      Niekoniecznie. Jeśli dwa rozwiązania zrywające z etatyzmem uznamy za równie moralne, można zdecydować się na to, które bardziej przemawia do mas, bo dzięki temu jest większa szansa na jego implementacje.

      „ciekaw jestem bardziej rozbudowanego uzasadnienia, bo myślę, że może być trudne do przeprowadzenia; myślę, że nie ma sensu czegoś takiego dowodzić operując na wielkich grupach, jak indywidualizm metodologiczny to konsekwentnie”.

      No raczej nie jesteśmy w stanie zapewnić tu jakiegoś naukowego uzasadnienia. Załóżmy, że pedofil porwał 2 dzieci. Dzieci uciekły. Po latach udało się złapać pedofila. Okazał się milionerem i jego majątek ma być przekazany jako odszkodowanie dzieciom. Załóżmy, że jedno dziecko (już dorosłe) ma normalne życie, a drugie zwichnięte. Nie mamy dowodu, że ta różnica wynikła z różnicy tego, jak bardzo skrzywdził ich pedofil. Ale możemy myśleć – skoro ta 2 osoba jest w tak złej sytuacji, to może pedofil zaszkodził jej bardziej. To taka nasza intuicja, a może nawet racjonalizacja naszej empatii. Ale może to nie jest coś złego? Jak w poprzednim wypadku. Jeśli nie ma wyraźnego wskazania, że 1 rozwiązanie jest lepsze moralnie od 2, to ja mam predylekcję do pomagania bardziej upośledzonym. Taki już ze mnie dobry człowiek.

      ”to jest nadużycie, państwo w dużym stopniu skrzywia relacje własnościowe, ale bardzo trudno określić czy stopień tego skrzywienia uprawnia nas do radykalnych kroków; pracowitość, zaradność, talent itp. nadal pełnią olbrzymią rolę w dzisiejszej gospodarce”

      Pełnią, ale nie wiemy jaką. Państwo skrzywia te relacje od 1% do 99% (może byłoby tak samo, a może całkowicie inaczej). I bądź tu mądry. A raczej: i bądź tu moralny.

      „Czy np. Robert Lewandowski zdobył swoje pieniądze w nieprawomocny sposób? Taka redystrybucja byłaby niezwykle krzywdząca…”
      Apriorycznie pieniądze zarobione na piłce nożnej są zdobyte nieprawomocnie (co innego koszykówka). Ale na poważnie: a dlaczego nie? Np. element jego majątku to zyski z reklam, które notuje, bo gra w narodowej reprezentacji itd.

      „„Możemy uznać, że każda osoba, która posiada dobra o wartości powyżej określonej kwoty (powiedzmy miliona złotych), jest beneficjentem państwa.” – to zwyczajnie nie jest prawda”.

      No nie jest, dlatego to stanowisko jest naciągane. Ale inne też są mało satysfakcjonujące. Btw zauważyłem, że praktycznie nikt w komentarzach nie wziął w obronę redystrybucji przycinającej. Ciekawe..

      „Co do prywatyzacji majątku państwowego – najbardziej sprawiedliwe i ekonomicznie opłacalne wydaje mi się podzielenie go „po równo” między obywateli (wymaga to dłuższego uzasadnienia), niezależnie od ich statusu majątkowego np. w formie akcji, bonów, rozmaitych form praw własności, które można by przehandlować na rynku.

      Wydaje mi się, że projekt libertariański nie powinien stawiać sobie na celu przywrócenie wszelkiej sprawiedliwości i zrekompensowanie krzywd, które państwa wyrządziły na przestrzeni dziejów, ale jedynie zlikwidowanie państwowego przymusu – kropka.”
      Tutaj się nie zgadzam. Należy dawać od dołu. Kropka. :)

      „Nierówność na starcie jest zupełnie normalna – po 100 latach ładu wolnościowego będą oczywiście ludzie, którzy urodzą się w biednych rodzinach, bez majątku, a będą i tacy, którzy urodzą się w rodzinach milionerów.”

      No i to wtedy będzie ok., nikt nie będzie mógł się przyczepić. To będzie naturalne. A nierówności postpaństwowe nie są.

      „Jeśli przyznalibyśmy prawo do odbierania własności zdobytej dzięki kontaktom z państwem to co z umiejętnościami? Czy powinniśmy zakazać wykorzystywania umiejętności, które nabyliśmy dzięki kontaktom z państwem?”

      Umiejętności to nie rzeczy.
      Podsumowując, uważam Twoje zastrzeżenia za zasadne i pewno sam w większości kwestii myślę podobnie, ale uważam, że nie dajemy pomysłowi kapitalizmu-tym-razem-w-sprawiedliwy-sposób wystarczająco dużo namysłu.

      1. „Argument jest prosty (co niekoniecznie oznacza: poprawny) – dlatego że dobra te zostały zdobyte w systemie, który nie był systemem sprawiedliwym.”

        Czy skoro „status praktycznie wszystkich dóbr, w których jesteśmy posiadaniu, staje się wysoce niejasny”, a relacje są zawiłe to mamy prawo rozdzielić wszystkie obecne dobra w arbitralny sposób w społeczeństwie? Oznacza to w praktyce anulowanie wszystkich dotychczasowych relacji własnościowych.

        Jeśli tak jest, że niesprawiedliwość systemu uprawnia do anulowania wszystkich tytułów własności to czy, gdybyśmy mieli państwo minimalne to podczas przejścia do systemu anarchokapitalistycznego również mielibyśmy prawo anulować wszystkie stosunku własnościowe (dajmy na to był podatek pogłówny i biedni płacili za ochronę tyle samo, co bogaci, mimo, że koszty ochrony bogatych były większe).
        A jeśli system prawny w anarchokapitalizmie okaże się niedoskonały i PAO, prywatne sądy itd. postanowią go ulepszyć, to czy będzie można anulować (całkowicie albo w jakimś stopniu) stosunki własnościowe wynikłe z tego poprzedniego mniej doskonałego anarchokapitalizmu?

        Mam też wątpliwości, czy budowanie ruchu libertariańskiego wokół hasła „grabi’t nagrablennoje” sprawi, że libertarianizm stanie się bardziej atrakcyjny dla mas – zwłaszcza w Polsce. Może się okazać odwrotnie. Oprócz tego może to przysporzyć idei kolejnych wrogów np. uczciwych, ciężko pracujących i odnoszących sukces przedsiębiorców działających w nieregulowanych przez państwo obszarach gospodarki (może jednak i tacy istnieją?).

        Zasady prywatyzacji dóbr państwowych muszą też być maksymalnie proste, jasne i przejrzyste, po to, by zminimalizować czynniki mogące spowodować nieuczciwy podział. Uwzględnienie takiego kryterium jak status majątkowy jest niezwykle skomplikowane. Jakoś trzeba przecież określić stan posiadania każdego podmiotu, który ubiega się o swoją część majątku publicznego. Rzetelne zebranie tego typu informacji jest praktycznie niemożliwe (te same problemy mają dzisiejsze państwa organizując pomoc społeczną).

        „Każdemu działka, trochę lasu i kawałek pałacu kultury” to i tak niezwykle atrakcyjna oferta i to być może bardziej dla Kowalskiego niż Kulczyka – jeśli zgodzić się na jakąś „intersubiektywną ramę” 😉

        „If the interest rate is less than the rate at which the total wages of workers increases, the relative wealth of the capitalist will decline. Historically , the rate of increase in total wages has run about 5 – 10% a year, roughly comparable to the interest rate earned by capital.” D. Friedman
        Nie znam się – trzeba by zapytać jakiegoś ekonomisty, ale czy to nie jest tak, że prywatyzacja własności państwowej spowodowałaby olbrzymi zastrzyk kapitału na rynek obniżając stopę zysków z kapitału, a zwiększając procentowy wzrost płac?

        Odebranie obecnym elitom finansowym możliwości nadzwyczajnego zarobku wynikającego z konszachtów z państwem szybko doprowadziłoby do zubożenia większości z nich. Tak jak pisał Friedman w kontekście dzieci milionerów „they have no special talent for earning wealth but a lot of practice in spending it.”

        1. „Czy skoro „status praktycznie wszystkich dóbr, w których jesteśmy posiadaniu, staje się wysoce niejasny”, a relacje są zawiłe to mamy prawo rozdzielić wszystkie obecne dobra w arbitralny sposób w społeczeństwie? Oznacza to w praktyce anulowanie wszystkich dotychczasowych relacji własnościowych.”

          No ja jestem temu przeciwny. Zasadniczo w tekście skłaniam się do rozwiązania 1. Ale jeśli taka redystrybucja przycinająca byłaby warunkiem wprowadzenia libertarianizmu, wtedy bym się zastanawiał. Są dwa typy „wag moralnych”. Jednoszalkowa i dwuszalkowa. Jednoszalkowa daje przewidywalne rezultaty (każde złamanie NAP waży nieskończenie wiele), dopiero gdy ważymy po jednej redystrybucję, po drugiej pozostanie przy etatyzmie robi się ciekawie (lub nieciekawie).

          „Jeśli tak jest, że niesprawiedliwość systemu uprawnia do anulowania wszystkich tytułów własności to czy, gdybyśmy mieli państwo minimalne to podczas przejścia do systemu anarchokapitalistycznego również mielibyśmy prawo anulować wszystkie stosunku własnościowe (dajmy na to był podatek pogłówny i biedni płacili za ochronę tyle samo, co bogaci, mimo, że koszty ochrony bogatych były większe). A jeśli system prawny w anarchokapitalizmie okaże się niedoskonały i PAO, prywatne sądy itd. postanowią go ulepszyć, to czy będzie można anulować (całkowicie albo w jakimś stopniu) stosunki własnościowe wynikłe z tego poprzedniego mniej doskonałego anarchokapitalizmu?”

          Dobry argument.

          „Mam też wątpliwości, czy budowanie ruchu libertariańskiego wokół hasła „grabi’t nagrablennoje” sprawi, że libertarianizm stanie się bardziej atrakcyjny dla mas – zwłaszcza w Polsce. Może się okazać odwrotnie. Oprócz tego może to przysporzyć idei kolejnych wrogów np. uczciwych, ciężko pracujących i odnoszących sukces przedsiębiorców działających w nieregulowanych przez państwo obszarach gospodarki (może jednak i tacy istnieją?).”

          Można by to wysondować, zacząć od „działka dla wszystkich”, a jak „karta nie będzie żreć”, to rozkułaczanie. 😉 Leninizm to taka elastyczna doktryna.

          „Zasady prywatyzacji dóbr państwowych muszą też być maksymalnie proste, jasne i przejrzyste, po to, by zminimalizować czynniki mogące spowodować nieuczciwy podział. Uwzględnienie takiego kryterium jak status majątkowy jest niezwykle skomplikowane. Jakoś trzeba przecież określić stan posiadania każdego podmiotu, który ubiega się o swoją część majątku publicznego. Rzetelne zebranie tego typu informacji jest praktycznie niemożliwe (te same problemy mają dzisiejsze państwa organizując pomoc społeczną).”

          Dobry argument, acz nie przesadzałbym z niemożliwością zebrania informacji. Choć musiałbym się zastanowić.

          „Nie znam się – trzeba by zapytać jakiegoś ekonomisty, ale czy to nie jest tak, że prywatyzacja własności państwowej spowodowałaby olbrzymi zastrzyk kapitału na rynek obniżając stopę zysków z kapitału, a zwiększając procentowy wzrost płac?”

          Też się nie znam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.